Historia, którą wam opowiem, zajmuje w moim sercu szczególną przestrzeń. Przestrzeń, w której przeplata się miłość i bunt, ciekawość i niecierpliwość, pragnienie dobra i dręczący wyrzut sumienia, wracający jak natręt wczesnym latem, gdy powietrze pachnie słodyczą młodych zbóż, których łany falują na wietrze, jak leniwe zielone morze. Gdy w powiewie ciepłego wiatru jest coś, czego nazwać nie umiem, a co za każdym razem wywołuje we mnie tęsknotę za czymś nieuświadomionym, odległym jak mglisty sen, a jednocześnie tak namacalnym, tak na wyciągnięcie ręki…
Czy warto dla niepewnego jutra poświęcać najcenniejsze dzisiaj? Kto wmówił nam, że nie musimy dziś, bo przecież możemy jutro? I czym w ogóle jest w naszej głowie jutro, jeśli nie złodziejem, który w przebraniu przyjaciela przychodzi okradać nas z chwili obecnej – jedynego, co tak naprawdę w życiu mamy…?
***
Ramiona taty zawsze dawały poczucie bezpieczeństwa. W nich topniały wszystkie smutki wrażliwego dziecięcego serca. Zło świata nie miało wtedy do mnie dostępu. Odkąd tylko pamiętam, od pierwszego wspomnienia z tatą, jakie zachowało się w mej pamięci.
Oto ja, trzyletnia dziewczynka, leżę na brudnym chodniku z rozbitym kolanem i podartymi rajstopkami. Nagle, gdzieś z boku dobiega zupełnie obcy kobiecy głos, który drwi ze mnie, z małego dziecka: „Ależ z niej niezdara! Przewróciła się i podarła takie ładne, odświętne rajtuzki!”. Byłam taka mała, a mimo to już rozumiałam, że te łzy, coraz obficiej spływające po moich policzkach i zamazujące mi obraz świata, nie biorą się z fizycznego bólu, ale właśnie z tych usłyszanych słów, raniących zupełnie bez powodu. Płakałabym pewnie długo, ale zjawił się tato, a wraz z nim utulenie i w końcu uśmiech, choć jeszcze przez łzy.
– Moja kochanieńka… – Czułość w głosie taty zawsze działała kojąco. – Jesteś taka wrażliwa, córeńko – powiedział głaszcząc mnie po głowie. – Wiesz, jak będziesz trochę większa, opowiem ci coś, co ci w takich chwilach pomoże. Coś, co mnie zawsze pomaga. Dobrze?
– Dobrze, tatusiu – odpowiedziałam, pociągając nosem, już zupełnie uspokojona.
– A teraz chodź – dodał, ocierając resztkę moich łez i uśmiechnął się szeroko – kupię ci największego loda, jaki tylko zdołasz zmieścić w rączkach.
I szliśmy z tatą ukwieconymi uliczkami, rozmawiając i śmiejąc się serdecznie. On z postanowieniem, że kiedyś opowie mi tę historię. Ja z ogromnym lodem, kapiącym na moje podarte rajstopki z rozbitym kolanem, którego bólu dzięki tacie już nawet nie czułam.
***
– Kasiu! – usłyszałam, siedząc w swoim pokoju, jak tato woła mnie z kuchni. – Choć tu na chwilkę, kochanieńka.
Zeszłam na dół niechętnie. Żadna trzynastolatka nie lubi, jak się ją wyciąga z pokoju, w którym ma swój azyl, swój świat niedostępny dla nikogo innego. Oby miał dobry powód.
– No co tam? – zapytałam tonem sugerującym, że chcę sprawę załatwić szybko, by znów móc zaszyć się w swoim pokoju. I żeby już mi nie przeszkadzano.
– Mama mi powiedziała, że dziś w szkole dostałaś celujący z recytacji. – W głosie taty dało się wyczuć niekłamaną radość. – Gratuluję! To się dobrze składa, wiesz… – dodał, zawieszając głos i robiąc tajemniczą minę, by wywołać we mnie ciekawość.
– Co się dobrze składa? – zapytałam, nie podejmując jego ekscytującej gry.
– Bardzo bym chciał usłyszeć twoją recytację – powiedział i znów tajemniczo się uśmiechnął. – Dlatego mam dla ciebie propozycję: powiedz mi ten wiersz, a ja dam ci niespodziankę, którą dziś dla ciebie przygotowałem.
Rozbrajający uśmiech, który mi posłał, świadczył o tym, że faktycznie uważał to za genialny pomysł i był z niego dumny. Ale mnie, nastoletniej dziewczynie w fazie buntu, w ogóle się to nie spodobało.
– A co to, przekupstwo jakieś, czy co?! – oburzyłam się tak, że nawet mnie samą to zdziwiło, ale hormony, które zaczynały właśnie we mnie buzować, wzięły górę. – Nie mam zamiaru poddawać się takiemu szantażowi. Recytowałam w szkole i dostałam szóstkę. To powinno wystarczyć! – Choć uśmiech znikł z twarzy taty, jego oczy nadal patrzyły na mnie z miłością. Nie chciałam tego dostrzec. – Nie będę tu klepać żadnych wierszyków, tato! Nie jestem już twoją małą dziewczynką!
Poniosło mnie. W sumie to nie chciałam aż tak się postawić. Ale wypowiedzianych, a tym bardziej wykrzyczanych słów, jeszcze nikomu nie udało się cofnąć. Zobaczyłam ból w oczach taty i moje zaszkliły się od łez. Moje własne słowa zabolały i mnie. Nie chciałam tak się czuć. Nie chciałam, żeby tato się tak czuł. Stałam tak na środku kuchni, zagubiona i nie wiedziałam co mam teraz zrobić.
Tato uśmiechnął się smutno, ale szczerze.
– Wiem, Kasiu… Jesteś już duża.
Wstał i wyszedł z kuchni, a ja walczyłam z całych sił, żeby się nie rozpłakać, gdy nagle usłyszałam, że wraca.
– Kupiłem dla ciebie, kochanieńka… – usłyszałam jego głos za plecami. – Wiem, że od dawna o tym marzyłaś.
Odwróciłam się i… otworzyłam ze zdziwienia usta.
Tato stał przede mną, trzymając w ręku gitarę. Taką, która od miesięcy śniła mi się po nocach. Najpiękniejszą. Wymarzoną. A teraz moją własną…!
Podał mi ją bez słowa. Chciało mi się tańczyć i skakać z radości, rzucić mu się na szyję i wycałować.
– Dziękuję… – powiedziałam cicho zamiast tego.
Nie usłyszał recytacji. Usłyszał mój bunt. Jednak i tak dał mi gitarę. Mieszanka emocji, której doświadczałam, pognała mnie do swojego pokoju. Było mi tak strasznie głupio, rozpłakałam się. Ale niedługo potem zatopiłam się po uszy w świecie gitarowych akordów, zafascynowana marzeniem, które właśnie mi się spełniło. Zapomniałam się, zupełnie tracąc poczucie czasu.
Z transu wyrwało mnie pukanie do drzwi.
– Można?
Stał w drzwiach rozpromieniony, szczęśliwy, że sprawił mi radość. Jakby mój foch nie miał dla niego żadnego znaczenia. Jakby go w ogóle nie było.
– Wejdź, tato – powiedziałam, nie wypuszczając gitary z ręki.
Usiadł przy mnie na skraju łóżka i posłał mi promienny uśmiech.
– Dobrze ci idzie. Nie sądziłem, że będziesz robić takie postępy.
Chciałam go przeprosić, że tak się zachowałam i powiedzieć, jak wielkie znaczenie ma dla mnie to, że kupił mi gitarę, ale żadne słowa nie chciały mi przejść przez gardło.
– Wiesz, Kasiu… – zaczął po chwili niepewnie – jak byłaś maleńka, obiecałem ci, że kiedyś opowiem ci pewną historię, bardzo dla mnie ważną. Jestem przekonany, a raczej wiem, że będzie ważna i dla ciebie. Tak sobie myślę, że już jesteś na to gotowa.
Popatrzył na mnie z czułością i odgarnął mi z czoła niesforny kosmyk.
– Co to za historia, tato?
– Chciałbym cię zabrać w jedno miejsce z mojego dzieciństwa, jest dla mnie bardzo ważne. I magiczne. Tam opowiem ci tę historię – powiedział poważnym tonem. – Jutro sobota, jedyna moja wolna w tym miesiącu, może wybierzesz się ze mną na przejażdżkę? To najlepszy czas, teraz to miejsce okalają młode zboża, przespacerujemy się wśród ich łanów. Usłyszysz coś, co pomoże ci, jako wrażliwej istocie, iść przez ten świat, dając otuchę. Co ty na to?
Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się.
– Dobrze tato.
Nazajutrz jednak z samego rana odwiedziły mnie koleżanki, a ja zafascynowana gitarą, nie mogłam oderwać się od pokazywania im, czego się nauczyłam.
Nie pojechałam z tatą na przejażdżkę.
***
Lata mijały a moje dojrzewanie przeszło w dorastanie. Mimo iż zżerała mnie ciekawość, co takiego jest w tej zagadkowej historii i dlaczego musi zostać opowiedziana w tamtym tajemniczym miejscu, na mojej drodze pojawiało się tysiące powodów, dla których ciągle odkładałam wyjazd z tatą. A on coraz rzadziej go proponował. Wiedział, że to dla mnie wyjątkowy czas – chłopcy, pierwsze randki, zawody miłosne. Postanowił przeczekać, odłożyć to na lepszą chwilę, kiedy będę gotowa go wysłuchać. Wtedy. Nie wcześniej.
Czekał.
A póki co, wspierał mnie jak mógł, starając się odgadywać moje potrzeby, nadążać za zmieniającymi się zainteresowaniami, być przy mnie w gorszych chwilach. Zupełnie nie dbając przy tym o siebie. Koledzy z jego pracy nie mogli się nadziwić, dlaczego tak zajada się jabłkami, skoro za nimi nie przepada. A on przez wiele tygodni żywił się w pracy wyłącznie nimi, nikomu nie mówiąc o tym, że z każdego jabłka starannie wybiera pestki, które potem suszy, bo jego córka wymyśliła sobie, że będzie z nich robiła naszyjniki.
Burza na froncie ojciec-córka przyszła, kiedy wkrótce po zrobieniu prawa jazdy miałam wypadek. Dachowałam, skasowałam jego samochód, sama wychodząc z tego jedynie z guzem na głowie i stłuczonym kolanem. Bardzo krzyczał… Myślałam, że jest wściekły o samochód.
– Wiem, że cię zawiodłam, ale było ślisko! – wykrzyczałam. – Rozumiem, że jesteś wściekły o to auto, ale nie zrobiłam tego umyślnie!
Pierwszy raz zobaczyłam jak pobladł, roztrzęsiony.
– Ty myślisz, że mi o samochód chodzi?! – Takiego drżenia w jego głosie nie słyszałam jeszcze nigdy. – Na miłość boską, dziecko…! – głos mu się załamał – Mogłaś zginąć…! Czy ty nie rozumiesz, że chodzi mi tylko o ciebie?! – kontynuował, trzymając mnie za ramiona, a ja ryczałam już jak bóbr. – Ty jesteś najważniejsza…! Oprócz ciebie nic nie ma znaczenia, rozumiesz? Nic!
Odpowiedziałam mu jedynie szlochem. Porwał mnie w ramiona, zamykając w swoich objęciach tak mocno, że aż nie mogłam oddychać. Jakby w ten sposób chciał mnie przed wszystkim obronić. Zatrzymać przy sobie. Ocalić.
– Masz przed sobą całe życie, kochanieńka – mówił, tuląc mnie, jakbym znów była jego małą córeczką. – Tyle przeżyć cię czeka, wszystko przed tobą… Poza tym – dodał już całkiem cicho – my też jeszcze mamy wspólny plan, pamiętasz? Historię, która na ciebie czeka? Którą tak chciałbym ci opowiedzieć?
– Tak, tato… Pojedźmy tam wczesnym latem Gdy te zboża… No wiesz – odparłam i długo jeszcze wypłakiwałam się w ojcowskich ramionach, kołyszących mnie w rytm bicia jego serca.
***
Nadeszła wiosna, a wraz z nią – zakochanie. Takie prawdziwe, bezdyskusyjne, niepodważalne. Owocne w ciążę, ślub i poród. Łany zbóż znów musiały poczekać. Przez pierwsze lata macierzyństwa w ogóle o tym nie myślałam, tyle rzeczy ma się wtedy na głowie. Ale gdy pewnego dnia patrzyłam, jak mój tato bawi się z Klaudusią, przypomniałam sobie o nieopowiedzianej historii i ciekawość wraz z falą dziwnej tęsknoty wypełniła moje wnętrze, nie dając spokoju. Po raz pierwszy to ja poruszyłam temat wyprawy. Tato wydawał się być wzruszony.
– Myślałem, że nie chcesz. Że cię to nie interesuje – odparł. – Już nawet porzuciłem temat. Ale cieszę się. Bardzo. – Posadził Klaudię wśród zabawek i podszedł do mnie. – Sam jeszcze chciałbym wrócić w to miejsce, zanim zapomnę, gdzie się znajduje.
Smutny uśmiech rozkwitł zmarszczkami wokół jego oczu.
– Pojedźmy tam, kochanieńka – dodał z powagą. – Klaudunia już duża, zostanie dzień bez ciebie, też będzie mieć dzień ze swoim ojcem, jak ty. Za trzy miesiące wszystko się tam zazieleni. Zobaczysz, jakie to piękne miejsce. Tyle miłości tam się czuje. Tyle dobra. I wreszcie będę mógł ci opowiedzieć to, co od lat wiem, że kiedyś będzie dla ciebie ważne. Co tyle lat na ciebie czekało… – Uśmiechnął się i puścił mi oko. – Widocznie musiałaś dojrzeć.
– Pojedziemy tato – przytaknęłam ochoczo. – Rezerwuję drugą sobotę maja. Niczego na ten dzień nie planuj – zażartowałam i pocałowałam go w siwą skroń.
***
– Adam, jesteś pewien, że sobie poradzicie beze mnie? – spytałam męża, dopijając poranną kawę i szykując się do mojego wyjazdu z tatą.
– Damy sobie radę – odpowiedział. – Będziemy się świetnie bawić, prawda Klaudia?
– Będziemy się bawić z tatusiem – zaszczebiotała moja córeczka i pobiegła do swoich lalek.
– Okey, to ja się będę zbierać. Gdzie moje kluczyki?
W torebce rozdzwonił mi się telefon. Byłam pewna, że to tato dzwoni dopytać, o której będę, ale na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer.
– Halo?
– Dzień dobry, dzwonię ze szpitala miejskiego na Krakowskiej, czy rozmawiam z panią Katarzyną Sosnowską?
***
Wbiegałam do szpitala po dwa schodki, potrącając mijanych ludzi. Dyżurka lekarska była pusta, ale na korytarzu natknęłam się na lekarza.
– Przykro mi, to rozległy wylew. Uszkodzone zostały ośrodki mowy. Robimy, co możemy, ale proszę nie liczyć na cud. Może już nigdy nie będzie mówił.
Roztrzęsiona weszłam do sali, na której leżał tato. Wyglądał tak mizernie, tak krucho. Z największą delikatnością wzięłam go za rękę i… rozpłakałam się. jak dziecko.
– Tato… – wyszeptałam. – Tatusiu… Przecież mieliśmy dziś wyjechać, pamiętasz? Tylko ty i ja. Ja i ty. Tyle lat… Tak długo na to czekaliśmy. Pamiętasz? Tato…
Chciałam, żeby się ocknął, żeby wstał. Chciałam go stąd zabrać. Pojechać z nim tam, gdzie właśnie mieliśmy wspólnie spędzać dzień. Nasz dzień.
– Przecież cię prosiłam, żebyś nic na dziś nie planował…
Mówiłam do niego a moje łzy kapały na jego poszarzałą dłoń, jak nabrzmiałe od bólu krople słonego deszczu.
– Proszę dać mu chwilę odpocząć – pielęgniarka taktownie wyprosiła mnie z sali. – Nie może się teraz przemęczać. Potrzebuje spokoju. Pani płacz może mu tylko zaszkodzić.
Godzinami chodziłam po szpitalnych korytarzach, gnana wyrzutami sumienia. Ile bym dała, żeby cofnąć czas. Żeby ze wszystkim zdążyć. Emocje, które w sobie tłumiłam, przeciekały przeze mnie w postaci łez, których w żaden sposób nie mogłam powstrzymać. I nawet nie próbowałam. Serce rozdzierała mi świadomość tego, co się stało.
Nawet nie wiem, kiedy zrobił się wieczór. Na telefonie wyświetliło mi się kilkanaście nieodebranych połączeń od męża. Nie mogłam wrócić do domu. Nie mogłam zostawić taty. Nic nie mogłam.
– Proszę panią!
Głos pielęgniarki wyrwał mnie z zamyślenia. Zerwałam się na równe nogi.
– Nie wiem, jakim cudem to się stało, ale pani ojciec się ocknął. Nawet próbuje coś powiedzieć.
Nie czekałam, aż wybrzmią jej słowa, w jednej chwili znalazłam się przy tacie. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Rozszalała się we mnie nadzieja, że lekarz się mylił, że tato tylko zasłabł, a teraz się obudził i wszystko znów będzie tak, jak dawniej.
– Tato! Jak dobrze, że się obudziłeś, tak się bałam… Och, tato… mieliśmy dziś jechać w twoje miejsce, pamiętasz? Ale nic się nie dzieje, przełożymy to. Poczekamy aż wyzdrowiejesz – trajkotałam jak nakręcona, głaszcząc go po policzku. – Ale proszę… Opowiedz mi teraz swoją historię. Nie chcę dłużej na nią czekać. Ona nie może czekać. Potrzebuję jej. Opowiedz mi ją teraz…
Posłał mi ciepły uśmiech i lekko uścisnął dłoń. A potem otworzył usta i z ogromnym wysiłkiem wyszeptał tylko jedno słowo:
– Kochanieńka…
***
Każdego roku, gdy młode lato okrywa się świeżą zielenią, biorę mały plecak i wyjeżdżam do miejsc z lat dziecięcych mojego taty. Wędruję po okolicach, wypatrując falujących łanów zbóż, na próżno poszukując magicznego miejsca, skrywającego ważną dla mnie opowieść, do której tak boleśnie tęsknię, a której nigdy nie poznam… i której nigdy już nie usłyszę.
(opowiadanie stworzone na potrzeby projektu ojciec-córka)

Pisanie, muzyka, malarstwo, ogród – oto moje cztery strony świata. Czy jest jakiś sposób by je wszystkie połączyć? Chyba tylko pisząc w ogrodzie przy muzyce o malarstwie;-) A odsuwając żarty na bok – dla każdej z nich staram się stworzyć osobną przestrzeń. Ta, w której właśnie gościcie, została stworzona dla pisania.