Przeklinam cię diable, wstrętny pasożycie
Parszywy, śmierdzący dawnych lat obrazie
Przekleństwami rzucam wprost w twoje oblicze
Pozostawiasz zgliszcza w moim krajobrazie
Ty, co się chowasz w mroku dnia mojego
Uciekam w schronienie ostrza gilotyny
Śmierci zgnilizną nie chronisz od złego
Wyciskasz me życie, niczym sok z cytryny
Wciąż gnasz mnie po piekle do utraty tchu
Śmiercią jadu śmierdzisz i trupią trucizną
Do krainy mroku ciągniesz mnie ku złu
Po tej ranie ciało nie skryje się blizną
Tak bardzo demonie ciebie nienawidzę
Sztylecie w mym sercu, wieczny towarzyszu
Nienawiści gorzkiej wcale się nie wstydzę
Zaległeś się we mnie jak pająk na strychu
Nie mogę już patrzeć na ciebie demonie
Gdy szczerzysz się do mnie w szczerbatym uśmiechu
Śmierć ku mnie podąża w podartym welonie
Chcę skulić się w kłębek i wrzeszczeć o grzechu
Powiedz mi, dlaczego wreszcie nie odejdziesz
Droga wolna, przed tobą świat stoi otworem
Uparłeś się na mnie, piekło w życie wniosłeś
Bólu kalką jesteś i cierpienia wzorem
Dzień każdy podobny, przeklinam cię stale
Pozostaw mnie wreszcie i odejdź daleko
Żarem serca mogę roztapiać metale
Chociaż już po wszystkim, rozlało się mleko
To twoim obliczem me życie wykrzywiasz
Twa karykatura jest moim portretem
Serca mego bólem stale się pożywiasz
Kiedy zło się staje całym moim światem
Ja nie chcę zapomnieć o tym czymś, co było
Czego już w tej chwili wcale nie pamiętam
Nie uwierzę w żadne twe kłamliwe słowo
Przeklęty bądź wiecznie i sczeźnij w odmętach
Ja już nawet dzisiaj płakać nie potrafię
Kiedy ludzki smutek zalewa mi duszę
To jest twoja sprawka, twoim złem się dławię
Mam się nim radować, nad złem tańczyć muszę
Od reszty ludzkości życzliwości brakło
To jest twoja sprawka, odejdź precz demonie
Pozwól, nim odejdę, nim zgaśnie me światło
Życia piękno chwycić w me kościste dłonie
Nie mogę cię zniszczyć, wyssałeś me siły
Jesteś moim sędzią, oprawcą i katem
Tajemnice dawne ci się wyjawiły
Lepiej już, by to śmierć stała mym bratem
Nie rób głupiej miny, ja się nie nabiorę
Puste ludzi twarze z pustymi oczami
Widzą moją nagość, cokolwiek ubiorę
Czują, jaka silna więź jest między nami
Przeklinam cię stale, w niebogłosy wołam
Zniknij, odejść pozwól, trzymasz mnie przy życiu
Węzłów przeznaczenia rozwiązać nie zdołam
Na zawsze me imię zostanie w ukryciu
Święć imię demonie, podobne do mego
Stoisz w moim cieniu i skrywasz się w mroku
Wędrując przez piekło wehikułu swego
Widzę swe postępki stojąc z mego boku
Gdy stoję przed tobą, wyję z nienawiści
Bo zabić nie sposób takiego demona
Spokoju iluzja nigdy się nie ziści
Ścieżka piekła teraz jest mi przeznaczona
Odejdź! Nienawidzę! Odejdź precz demonie
Proszę, daj choć chwilę poczuć smak oddechu
Twe oczy świdrują me tętniące skronie
Cieszy cię martwota w rytm twojego śmiechu
Unikam twych oczu, niczym kundel bity
Boję się zapomnieć, boje się już skamleć
Nie odpuścisz teraz, nie uwolnisz nigdy
Niewolnika strachu przecież musi boleć
Już nigdy nie wstanę, podnieść się nie zdołam
Kark mój przetrącony butem twojej woli
Odejdź precz demonie, światła promień wołam
Kto stąd mnie uwolni? Kto odejść pozwoli?
Patrzę w twe oblicze w pogardzie skąpane
Widzę koniec życia spragnionego kresu
Piszczele człowieka toporem zrąbane
Przepadnie me słowo w przestrzeni bezkresu
Im większy piedestał, tym większy upadek
Iluzję boskości w mym sercu zasiałeś
Demonie
Spętałeś mą duszę w majowy poranek
W serca mego czeluść z pogardą zajrzałeś
Ty trzymasz me ciało w iluzji żywota
Przeżarłeś mą duszę, nic już nie zostało
Perły życia ciskam w świni gęste błoto
Gardziel swą rozwierasz, ciągle jest ci mało
W hałasie cierpienia słowo ludzkie tonie
Niczym puch na wietrze w nicość ulatuje
Patrzę w twoje oczy, bracie mój, demonie
Niebo traci na mnie, a piekło zyskuje
Jutro dzień nastanie lecz już bez poranka
Wolności już koniec, dość naszej przygody
Nie zostawisz, niczym zaborcza kochanka
Prokurator boski nie uzna ugody
Przeklinam cię dwakroć, świtem i wieczorem
Bólem swym obecność maskujesz w mym cieniu
Ty jesteś mym wrogiem, ty jesteś mym katem
Nie dajesz zapomnieć kim jestem w cierpieniu
Chociaż to nieludzkie i pełne zepsucia
Chociaż chcę od tego się w pełni odgrodzić
Nienawidzę tylko jednego uczucia
Otóż nienawidzę tylko nienawidzić
Ludzie są jak cienie, co znikają w mroku
Ich obecność razi me samotne serce
Ty z kolei mamisz ludzi w swym uroku
Rozkładasz pod nogi cierniste kobierce
Jesteś tak toksyczny, niczym kwiat lotosu
Odejdź, kysz, przepadnij w czeluści odmętach
Twe oblicze zniszczę ramieniem chaosu
Przeznaczenie moje depcze mi po piętach
By nie widzieć ciebie, wiem co trzeba zrobić
By już nie wędrować twym utkanym wzorem
Światło moich oczu noża ostrzem dobić
Zatęsknię w ciemności za blasku kolorem
Z krzywego oblicza wzrok spogląda martwy
Ciągle mnie świdrujesz swoimi ślepiami
Stoisz naprzeciwko, ciskam w ciebie klątwy
Karmisz mnie wyłącznie swymi iluzjami
Wiem, że nie odejdziesz, starczy tej niewoli
Dość mam tego życia o wodzie i chlebie
Przegnać cię nie mogę siłą mojej woli
Chyba wiem, co zrobić, by zostawić ciebie
Demonie piekielny, diable przyczajony
Patrzę w szyby obraz, czuję twoje gnicie
Schylam się po kamień, tyś też pochylony
Rzucam prosto w ciebie, w lustrzane odbicie
Demonie co siedzisz w lustra innym świecie
Odbiciem będący serca mego mrokiem
Roztrzaskana szyba zabiła cię przecież
Już nie będę tęsknić za twoim widokiem
Przeklinam cię teraz po raz ostateczny
Odłamkami stopa ciężko poraniona
Patrzę aby dojrzeć, niczym sen przedwieczny
W tysiącach odłamków spojrzenie demona
Dopisek: tekst powstał w czerwcu 2021 roku. W godzinę. Po korekcie wylądował tutaj, jako przesłanie. Mroczne i trochę bolesne. Ale kończące się, mam nadzieję, dobrze 🙂

Piszę od czasu do czasu. Ale tylko, gdy czas pozwoli. A tak się składa, że Ojciec Czas nie patrzy na mnie łaskawie. Część ze starych i nowych zeszytów postanowiłem przenieść na strony Pisarskiej Kafejki. Pamiętaj: czytasz na własną odpowiedzialność 🙂