Cisza lasem płynie, oczy ma zamknięte.
Ślepa na zło w sercu człowieka poczęte.
Łzy porannej rosy skrzą się na sośninie.
Przymrozek przycupnął w młodej jarzębinie.
W tym pradawnym borze mgła się świtem kładzie.
Tak to zwykle bywa w zimnym listopadzie.
Maskująca kurtka, ciepła, watowana
ogrzewa minuty dłużące się z rana.
Czatuję w poranka niebieskim przedświcie.
Choć w kryjówce mroźno – pocę się obficie.
Me palce ściskają drewno orzechowe
w stali ułożone, do strzału gotowe.
W tym gąszczu paproci ukryłem swe leże,
czekając okazji, by zabić tu zwierzę.
Za godziny modlitw, za moje klęczenie
Bóg dał mi pod lufę dwa piękne jelenie.
Przed zadaniem śmierci, serce poruszone
pragnieniem litości – musi być stłumione!
Maść sierści błyszcząca, srebrzyste poroże
skoszę, niczym żniwiarz kładzie w sierpniu zboże.
Tłumię umysł – serce pełne jest zachwytu.
Zaraz się uniesie ostra woń kordytu.
Las uderzy wystrzał. Śmiertelna zapowiedź.
Grzechy pora wyznać. Toż to moja spowiedź.
Żywa krew me dłonie uświęci swym żarem.
Tryskającym ciepłem, stygnącym oparem.
Śmierć wielkiego wodza klan obwieści wyciem.
Dzikie tango w mroku ze śmiercią i życiem.
Wyczuwam ciemności złowrogie spojrzenia.
Eksperyment bytu – alchemii stworzenia.
Jak ręka Oficjum rodzi ognie stosu.
Czy człowiek kowalem jest swojego losu?
To piękne stworzenie w swoim majestacie
porożem zachwyci gości w mojej chacie.
Ostatnie sekundy, oto moja wola:
który zwierz tu padnie? Który przeżyć zdoła?
Świerzbi przytulona do policzka kolba.
Ciszę lasu zburzy śmiercionośna palba.
Między życiem pełnym smutku i goryczy,
marzeń pełnych wiary nikt już tu nie zliczy.
Serce tego zwierza życiem przepełnione
w swej dzikiej naturze nie chce być złowione.
Paradoksu prawo, glorii silniejszego.
To tylko interes. Tobie nic do tego.
Po wystrzale pocisk przebije tętnicę
defraudując resztek życia obietnicę.
Czasem pytam siebie, czy człowiek łagodny
powinien zabijać, kiedy nie jest głodny?
Pytania wędrują w kręgu świadomości.
Bóg ze swoim Stwórcą stale grywa w kości?
Spojrzenie Jelenia spotkało me oczy!
Muszę strzelić, bo ucieczką ten zwierz mnie zaskoczy.
Patrzę przez szczerbinkę, składam się do strzału.
Spustów dwa języki zaciskam pomału.
Iglica pożąda naboju pieleszy.
Czy śmiercią Jelenia mój smutek pocieszy?
Sekundy mijają, niczym pory roku.
Jeleń nie ucieka, przystanął w pół kroku.
Wnika w moje wnętrze swoim majestatem.
Czy dzikie stworzenie może być mym bratem?
Nie lubię, gdy mordem serce me okryte
przebite zostaje litości dzirytem.
Lufy wymierzone w to dzikie stworzenie
same opadają i celują w ziemię.
Jeleń skłania głowę, wierzga racicami.
Rozcina powietrze rogów konarami.
Dziś wyłgał się śmierci, choć ręka chaosu
gotowa już była na zadanie ciosu.
Król lasu powoli opuszcza polanę
Wiedząc, że na życie jego nie nastanę.
Znika za dębami. Patrzę, choć nie wierzę!
Zbudź się! Na polanie jest to drugie zwierze!
Oddech lasu odmierza nieuchronność losu.
Gdy Entropia zabija, nie wydaje głosu.
Podnoszę dwie lufy, ściskam kolby drzewo.
Tamten mi się wymknął. Dorwę chociaż tego!
Zasoby litości całkiem wyczerpane
studzą serca żale, strapieniem rozchwiane.
Niczym miejski rachmistrz obliczam bilanse.
Czy trofeum złapię? Jak wielkie mam szanse?
Los bywa przewrotny, gdy drzwi zatrzaskuje,
marzenia szczerbatym brzeszczotem szlachtuje.
Gdy człowiek się podda, z planów rezygnuje
na słodką nagrodę już nie zasługuje.
Darń z leśnego runa kaleczą racice.
Sylwetkę jelenia w szczerbinkę uchwycę.
Mglisty blask poranka rozcina poroże
dostojnego zwierza, co mieszka w tym borze.
Wypluwam rozterki, niczym garść tabaki.
Karmię środek serca uczuciem nijakim.
Nawet wola boska rozplątać nie zdoła
tego, co wplątały ciężkie losu koła.
Gryzie mnie sumienie, bo te dwa jelenie
Bóg mi tutaj zesłał na moje życzenie.
Modlitwa i skutek, nie chcę stwórcy swego
zezłościć. Gdy daruję – uczynię coś złego.
Jeleń nadal stoi, szczypie świeżą trawę.
To bardzo pomaga. To załatwia sprawę.
Jak wysłannik losu, śmierci uwodziciel
w pełnej serca ciszy, pociągam za cyngiel.
Dopisek
W zasadzie trochę wpakowałem się z tą historią, ponieważ wybrałem (nie do końca świadomie) ciężki rodzaj rymów. Niemniej jednak; mam nadzieję, że historia Ci się spodobała.

Piszę od czasu do czasu. Ale tylko, gdy czas pozwoli. A tak się składa, że Ojciec Czas nie patrzy na mnie łaskawie. Część ze starych i nowych zeszytów postanowiłem przenieść na strony Pisarskiej Kafejki. Pamiętaj: czytasz na własną odpowiedzialność 🙂