Świąteczne pragnienie - Pisarska Kafejka

Świąteczne pragnienie

Tegoroczna zima dawała się wszystkim mocno we znaki. Siarczysty mróz z każdym dniem przybierał na sile a szalejąca już niemal tydzień zawierucha zdawała się nie mieć końca. Nikt, jeśli nie musiał, nie wystawiał nosa z domu.

Przenikliwy wiatr chłostał niemiłosiernie, wdzierając się przez szpary prowizorycznej, rozlatującej się już budy. Potworne dreszcze nie przestawały wstrząsać wychudzonym ciałkiem potarganego, brudnego psiaka.

Kiedy jego pan przywiózł go tutaj półtora roku temu, bardzo cieszył się tą wycieczką. Bo cieszyły go wszystkie wspólne wyprawy z panem. Nie wiedział, że więcej go już nie zobaczy. A przynajmniej do momentu, gdy wieczorem odjechał bez niego i niknące w oddali światła samochodu rozpłynęły się w szarej mgle. Tylko czy to mgła była, czy psie łzy – któż to wie.

Dziadek Stach, który go przygarnął, był człowiekiem starej daty – jak pies, to i łańcuch. Do michy czasem coś rzucił, to fakt. Ale na tym opieka się kończyła. Że zwierzak prawie nic nie jadł – widać nie głodny. Sąsiadka, która co jakiś czas do nich zaglądała, zauważyła, że coś za dużo w budzie siedzi i taki jakiś markotny. Ale dziadek sobie tym głowy nie zawracał. Tak jak jej zachwytem, gdy ze zdziwieniem odkryła, jakie ta żałosna psina ma mądre i niespotykanie piękne oczy.

Był wieczór. Przeddzień Wigilii. W oknach pobliskich domów migotały światełka choinkowe. Gdzieniegdzie dawało się słyszeć stłumione przez wycie wiatru pobrzękiwanie dzwoneczków.

Wietrzysko uderzyło mocniej i buda zaskrzypiała dygocąc. Nie pogoda jednak najbardziej bolała skołtunionego Felka, ale tęsknota. Bezbrzeżna i nieutulona. Za panem, którego pokochał nad życie. I którego zawsze już będzie kochał.

Tkwił jak zwykle w letargu, w głębi wilgotnej spróchniałej budy, gdy w pewnym momencie poczuł coś w powietrzu i z apatii wyrwało go dziwne uczucie. Coś dobrze znajomego. Pachnącego poczuciem bezpieczeństwa. Coś, czego nie czuł od dawna, od tamtego dnia, gdy…

Pan! Poczuł zapach swojego pana! To on! Wreszcie przyjechał po niego!

Serce w nim oszalało z przypływu szczęścia, wyskoczył z budy i co sił rzucił się w tamtym kierunku. Gwałtowne szarpnięcie łańcucha zamroczyło go na chwilę, natychmiast zatrzymując w miejscu. Napierał dalej, próbując szczekać, lecz obroża ściskała mu gardło. Mógł z siebie wydobyć jedynie stłumione rzężenie, pomieszane ze skowytem. Brakowało mu oddechu, ale nie przestawał się szarpać. Musi biec do pana. Ile sił w chudych łapkach.

– Dzięki, Stachu, za jajka. Ela zaraz zabiera się za wypieki – usłyszał z oddali dobrze znany mu głos i podwoił wysiłki. Szamotał się na uwięzi, rozpierany radością, która jednak nie trwała zbyt długo. Jej miejsce wkrótce zajęła rozpacz, gdy po raz kolejny zobaczył odjeżdżającego bez niego pana.

Sąsiadka wyszła wynieść śmieci. Przez uchylone drzwi jej domu, w noc popłynęły tkliwe dźwięki kolędy, które niosący je wiatr przeplatał z żałosnym skamleniem.

Mijały długie godziny. Na mrozie w śnieżnej zawiei. Wreszcie, gdy niebo jaśniało już na wschodzie, ciągłe szarpanie odniosło skutek – przetarta obroża rozerwała się i łańcuch z cichym brzękiem opadł na udeptany łapkami śnieg. Felek natychmiast ruszył śladem pana. Rzucił się na oślep, nie bacząc na nic. W siatce, ogradzającej teren gospodarstwa, wypatrzył miejsce z wygiętymi drutami. Skoczył, by się tamtędy przecisnąć. Z trudem przedarł się przez ogrodzenie, ale jeden z wystających drutów poważnie zranił go w szyję. Krwawił, lecz nie miało to dla niego znaczenia. Biegł do pana.

***

Nastał Wigilijny wieczór. Ulica Akacjowa wyglądała magicznie. Oświetlone fasady jednorodzinnych domków, ubrane choinki i świąteczne dekoracje tworzyły niemal bajkowy klimat. W domach panował gwar, ludzie się śmiali, wszędzie rozbrzmiewały kolędy. Cicha noc, święta noc…

Ulica była pusta. Ani żywej duszy. Tylko pod jednym z domów siedział skulony z zimna potargany, zabiedzony psiak i popiskując żałośnie wpatrywał się swymi pięknymi, smutnymi oczami w jedno z okien.

Widział w nim swojego pana. Odnalazł go wreszcie. Gdy tu dotarł, fala miłości i szczęścia na jego widok przepełniła oszalałe z radości psie serce. Chciał jak najszybciej z nim być, powariować z ekscytacji, a potem wtulić się w niego, poczuć kochaną dłoń na swym łebku i zostać tak już na zawsze.

Nie pragnął niczego więcej.

Był tak blisko… Tęsknota, wzbierająca w nim z każdą chwilą, była nie do zniesienia. To ona bolała najbardziej. Nie mróz, nie głód, nie doznane obrażenia.

Chciał dać znać, że tu jest, ale przez głęboką ranę na szyi nie mógł szczekać. Wydreptał już całą ścieżkę wzdłuż ogrodzenia, lecz nie było nawet szpary, którą mógłby próbować się przecisnąć. Siedział więc przed domem wśród szalejącej śnieżycy i patrzył tęsknie w okno. Widział, jak pan śmieje się do żony, obejmuje ją i jest bardzo szczęśliwy. Kiedyś cieszył się też na jego widok, głaskał go i mówił, że jest dobrym psem.

Duże, przepełnione bólem oczy rozdygotanej psiny wypełniły się łzami. Wygłodzony i wyczerpany upływem krwi nie miał już siły nawet skamleć. Ale nie spuszczał wzroku z ukochanego pana, któremu oddał serce. Teraz właśnie zasiadał do wieczerzy. Kiedyś i Felek miał tu swoją miskę…

Mróz tężał. Wiatr uderzał coraz silniej, raptowniej, wyjąc ponuro. Każdy podmuch boleśnie smagał zimnem trzęsącego się skulonego psiaka, ledwo trzymającego się na łapkach. W ciepłych, przytulnych domach rozbrzmiewał śmiech – ludzie rozpakowywali prezenty, cieszyli się i śpiewali kolędy.

Cicha noc…

Niemiłosiernie długa noc.

Cudne, pełne łez psie oczy z wolna zasnuwała mgła. Obraz dawnego opiekuna rozmywał się, ciemniał, aż w końcu znikł zupełnie. Wierne, kochające psie serce zabiło po raz ostatni pod oknem swego pana i kupka potarganej sierści osunęła się bezwładnie w pobrudzony krwią śnieg.

I nikt już nie zobaczy pod zamkniętymi udręczonymi powiekami tych mądrych, smutnych i niesamowicie pięknych oczu.

Cicha noc, święta noc…

I pokój ludziom dobrej woli.

Bo nie było miejsca…

dla ciebie.

 

Leave a comment



Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2020

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.