Zmiana czasu

Na przystanku autobusowym nie ma nikogo, oprócz mnie. Jesienne popołudniowe słońce niechętnie przedziera się przez łysiejące korony drzew. Wiatr znęca się nad strzępem porwanej gazety, miotając nią to tu, to tam. Nie chce mi się jechać. Matko, jak mi się nie chce…! Najchętniej wróciłabym do domu, zanim się zrobi szarówka. Nie lubię tej pozbawionej jakiegokolwiek kolorytu pory dnia. Napawa mnie dziwnym niepokojem.

Kopię od niechcenia wystającą płytkę chodnikową. Na stole zostawiłam nietkniętą kawę, pachnącą goździkami i cynamonem. Pewnie jeszcze nie przestała parować. Zaciągam się w wyobraźni jej aromatem i gdy już powoli skłaniam się ku powrotowi, nadjeżdża autobus.

Zajmuję miejsce niedaleko kierowcy. Pojęcia nie mam, dlaczego wybieram siedzenie tyłem do kierunku jazdy. Cały przód jest przecież wolny. Ale usiadłam, więc siedzę. Twarzą do rozgadanej grupy, zajmującej tył. Z automatu wlepiam wzrok w brudną szybę. Jeszcze chwila i wszystko zrobi się mętno-szare. Autobus niespiesznie pokonuje kolejne kilometry. Czuję, jak czas chwyta mnie w palce i rozciąga, jak dzieciak gumę balonową.

Mimowolnie wwierca mi się w uszy rozmowa kierowcy ze stojącym obok pasażerem:

– No i już nie jest tak ciepło, jak było. Słońce nagrzewa tylko tyle, co na daną godzinę, a potem jest zimno. – Mózg, wbrew mej woli, uruchamia absurdalne poszukiwania danych, pomocnych w ustaleniu, ile słońca potrzeba na daną godzinę. W wyobraźni pukam się w czoło i próbuję czymś zająć myśli, żeby nie słyszeć tej rozmowy.

– Zgadza się – ton głosu kierowcy ma w sobie coś z polityka, może pewność siebie, a może manierę wygłaszania frazesów, jakby to była prawda objawiona. – Wieczorem już jest zimno. Ale jak rano wstałem, to też było zimno.

No bo w nocy nie było słońca i nie nagrzało na daną godzinę – ze zgrozą zauważam, że, choć ironicznie, to jednak odpowiadam w myślach.

– Otóż to – pasażer reaguje z entuzjazmem, więc jednak chodziło o prawdę objawioną. – A pamiętam jeszcze lata, że jak w wakacje się robił wieczór, to babcia wołała do domu, bo się robiło zimno. Czasy się zmieniły…

Litości… To ja już nie uwolnię się od tej rozmowy! Natychmiast muszę pomyśleć o czymś innym.

– A w sobotę cofamy czas. No bo czas się cofa na jesieni, bo jest gorszy dzień.

No i pozamiatane.

– Taa.. To która będzie godzina o tej porze?

Liczą. Zapada cisza. Dłuższa cisza. W końcu to wyższa matematyka.

– Nie, to na wiosnę się cofa – nieśmiało zaczyna pasażer.

– O kurde!

Krzyk kierowcy zlewa się z głośnym piskiem hamulców. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego intuicyjnie wybrałam to miejsce siedzące. Moje plecy gwałtownie napierają na oparcie fotela a przede mną, jak na scenie teatru, rozgrywa sie niecodzienny spektakl. Kobieta w średnim wieku uderza twarzą w rurę, której bezskutecznie próbowała się złapać i rozcina wargę. Krzycząc coś w stronę kierowcy wygląda, jak drapieżne zwierzę, z ociekającymi krwią zębami. Siedząca na najwyższym fotelu dziewczyna z impetem nurkuje nogami do góry na miejsce przed nią. Starsza tęga pani ląduje obfitym biustem na poręczy z okrzykiem: „O matko, dostałam mammografii…!”.

Czuję się jak we śnie. Słyszę i widzę – ale nie dowierzam.  Z transu wyrywa mnie głos pasażera, zwracającego się do kierowcy.

– Przepraszam, zagadałem pana…

Chaotycznie przetrząsam torebkę w poszukiwaniu notesu. Muszę to przelać na papier.

 

Dopisek: Scenariusz do tej historii w 95% napisało życie. Ja dorzuciłam od siebie niewielką cząstkę. Ale nie powiem którą:)

Leave a comment



Halina

7 miesięcy ago

Ciekawy artykuł. Interesujący blog.

Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2020

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.