Chłopiec, który przeszedł przez zielone drzwi

W pewnej zaczarowanej krainie, na skraju wielkiego lasu pełnego przedziwnych stworzeń, stał mały domek. Wyglądem nie wyróżniał się od innych tego typu domów, rozsianych po okolicy. Na pewno widziałeś ich mnóstwo.

Cztery ściany i dach. W skrócie. A dokładniej – domek był parterowy, miał bielone ściany i czerwony dach. Wokół niego, na usypanych żwirem alejkach wędrowały żuczki i skakały koniki polne. Stojący nieopodal ogromny, wielopiętrowy klomb cały był obsypany pachnącymi kielichami aromatycznych kwiatów, których nigdzie indziej nie widziałeś. Domek stał w morzu falującej zieleni szumiących traw, otoczony kobiercem wszelakich kwiatów.

Do zielonych drzwi wejściowych prowadziły dwa stopnie kamiennych schodków, których boki znaczyły zaschnięte ślady po wędrujących ślimakach. Śliczne poręcze, obrośnięte kwitnącymi pnączami, pachniały łąkowym miodem i lukrecją. Okiennice z wyciętymi motywami liści różnych drzew poruszały się powoli, dotykane leniwymi podmuchami wiatru napływającymi od strony stolicy królestwa. Niesiony przez niego zapach przypominał letni, piknikowy deser.

Domek pokrywały błyszczące dachówki, które promienie słońca zabarwiały na czerwono, rozsiewając po bliskiej ścianie lasu pomarańczowe refleksy.

 

Postaraj się ujrzeć ten domek tak, jak ci go opisałem. Z pewnością dostrzeżesz też piękny, choć malutki, ogródek, pełen kolorowych kwiatów, klombów, szumiących traw i bzyczących pszczół. Dla większości podróżnych, wędrujących położonym nieopodal Traktem Królewskim, ten malowniczy domek nie wyróżniał się niczym wyjątkowym. Tak przecież budowano większość budowli w tej części królestwa Lim. Zwłaszcza przy granicy z Wielkim Lasem.

Opowiadam ci o tym domku z bardzo ważnego powodu. To właśnie w nim zaczniesz swą przygodę. Tak, jak kilkadziesiąt lat temu zaczęła się ona dla innego chłopca w tym właśnie miejscu. Skąd wiem, że tak się stanie? Wiem o tym, ponieważ zostałem dopuszczony do bardzo potężnej i prastarej tajemnicy. I właśnie nią zamierzam się z tobą podzielić.

Pewnie jesteś ciekaw, dlaczego? W jakim celu chcę zdradzić ci największy i najpilniej strzeżony sekret królestwa Lim. Dlaczego?

Z bardzo prostego powodu.

Potrzebuję twojej pomocy.

Jesteś mi niezbędny do poskromienia zła, które wiele dekad temu przyszło do mojego świata przez zielone drzwi domku, który mogłeś oglądać.

Aby łatwiej było ci wyobrazić sobie ogrom zadania, które przed nami stoi, muszę w kilku słowach opowiedzieć ci, jaki był początek tej całej historii.

 

Otóż rozpoczęła się ona równo pięćdziesiąt lat temu. Gdy wielki las nie był jeszcze tym Wielkim Lasem, a zamieszkujące je wróżki, Lichwiony o żółtych pyszczkach i pokryte świecącymi w ciemności piórami Płaskowijce nie zapuszczały się jeszcze do krainy ludzi. Właśnie wtedy, tuż po porannych opadach ciepłego deszczu, tak częstych w tym miesiącu, nazajutrz po pełni największego księżyca rozświetlającego niebo nad krainą Lim, klamka drzwi od małego domku poruszyła się. Uchylające się drzwiczki odbiły od swej mokrej powierzchni blask wychodzącego zza chmur słońca. Zielone refleksy zatańczyły po okolicznych drzewach i płotach. Znikły dopiero w prześwicie dębowego zagajnika.

 

Z wnętrza domku wyszedł chłopiec. Gdybyś był wtedy tam, na miejscu, ukryty wśród wysokich traw, za ścieżką pomiędzy klombami (a wierz mi, najlepiej byłoby dla ciebie, gdybyś w tamtej chwili dokładnie ukrył się przed jego spojrzeniem), pierwsze, co byś zauważył, to wyzierające na świat spod czarnych kędziorków włosów niebieskie oczy, przenikliwie badające otoczenie. Niebieskooki chłopiec zamiast bluzy czy swetra nosił szare futerko narzucone na przeszywaną w poprzek koszulę. Odzienie to, sięgające do połowy ud ściśnięte było szerokim pasem. Jego zielono-żółte spodnie ciasno opinały chude nogi i były zszyte grubymi ściegami. Na stopach miał sznurowane rzemykami ciżmy z miękkiej skóry. Gdybyś zechciał z kolei zgadywać jego wiek, na pewno nie pomyliłbyś się, gdybyś stwierdził, że ma chyba dziesięć lat. Podejrzewam, że tak byś na podstawie wyglądu szacował. I wiesz co? Zgadłbyś.

Nie to było jednak najdziwniejsze. Najdziwniejszy był zimny wzrok, którym obserwował okolicę, szukając czegoś konkretnego. Gdy tylko jego spojrzenie odnalazło ponad witkami leszczyny rysujące się w oddali baszty królewskiego zamku, natychmiast zszedł schodkami do ogrodu i udał się w kierunku traktu prowadzącego do stolicy królestwa.

W tej chwili na pewno nie doradziłbym ci jednak opuszczać jeszcze swojej kryjówki. Kazałbym ci pozostać w cieniu wysokich, gęstych traw, ponieważ za chłopcem, przez te same drzwi wyszło jeszcze coś. Stworzenie. Wielkości małego psa. Pokryte czarnymi, błyszczącymi w słońcu łuskami. Czworonożne, z płaskim pyskiem i wyłupiastymi ślepiami. Biegnąc za chłopcem zginało cielsko na boki a miotające się sztywno łapska stwora oraz gruby ogon rozrzucały dookoła żwir i darń.

Stwór doścignął chłopca, a ten schylił się i pogłaskał go po płaskim łbie. Wyskakujący i wijący się jęzor poczwary był chyba oznaką zadowolenia z tego czułego gestu.

Chłopiec i jego stwór wyruszyli w kierunku stolicy.

 

Tak rozpoczęła się ta historia. I tak również rozpoczęła się historia upadku królestwa Lim.

Mój drogi. Zanim przejdę dalej i zdradzę ci, jak potężną rolę jest ci pisane odegrać w tej historii, pozwól, że wspomnę w kilku słowach o mnie. O tym, kim jestem.

 

Wszyscy w tej krainie znają mnie pod imieniem Kalih. Przez ponad trzydzieści lat sprawowałem honorową funkcję nadwornego doradcy króla Taniela, dobrego władcy tej magicznej krainy. Jako jego doradca byłem także głównym uczonym, biegłym w sprawach magii. Wyobraź sobie, jak cudowne było ciągłe odkrywanie sekretów tajemnych mocy, astronomii, tobalistyki i mowy żywiołów. Zwłaszcza tobalistyka, czyli nauka o źródłach magii, sprawiała mi największą przyjemność.

Gdy minął trzydziesty rok mojej wiernej służby, łaskawy król Taniel obdarował mnie wspaniałą nagrodą. Za oddanie i lojalność dostąpiłem najwyższego zaszczytu, przeznaczonego tylko dla wybrańców. Dostałem w ręce klucz do wszelkich tajemnic. Dosłownie i w przenośni. Pewnie zastanawiasz się cóż to za nagroda? Uwierz mi, niczego bardziej godnego nikt w królestwie nie mógł zdobyć.

Za łaską króla uzyskałem dostęp do tajemnego miejsca. Chociaż lepiej byłoby powiedzieć: do biblioteki. Sanktuarium starożytnej wiedzy, do której dostęp miało wyłącznie trzy osoby z całego królestwa. Biblioteka ta mieściła się w wykutych przez Pradawnych niekończących się skalnych labiryntach, ulokowanych za najwyższą basztą, tą stojącą najbliżej komnat króla. Całe groty, pomieszczenia, korytarze i przejścia wykute w litej skale góry, zawierające niezliczoną ilość pergaminów, skoroszytów i manuskryptów, zapisanych przez Pradawnych władców krainy. Tajemną wiedzę, zaklęcia, reguły i receptury zamieszczono w takiej ilości zwojów, że nie zmieściłyby się nawet na stu wozach zaprzęgniętych w pięć setek koni.

 

Wspominałem już, że to miejsce było najpilniej strzeżonym miejscem w całej krainie Lim? Wierz mi: tak właśnie było.

 

Przez pierwsze dwa lata uczyłem się starożytnego języka, którymi spisano całą pradawną wiedzę. Wreszcie, gdy mogłem swobodnie zgłębiać tajemnice, formuły i zaklęcia, zrozumiałem coś niewyobrażalnie dziwnego. Język, którego uczyłem się dwa lata i którym spisano tajemnice, był czystym, pierwotnym językiem magii. I sam w sobie stanowił klucz, którym można było przekonywać do swej woli żywioły powietrza, ognia, wody i ziemi. Wiedziałem już, że resztę życia spędzę we wnętrzu tej góry. Wiesz co to oznaczało? Jeżeli domyślasz się, że język ten był kluczem do czystej magii, to twoje domysły są słuszne a ty jesteś całkiem bystrym obserwatorem.

 

Pewnie się zastanawiasz dlaczego, mimo wszystko, tak mało osób miało dostęp do tej starożytnej biblioteki? Sam się nad tym zastanawiałem i doszedłem do dwóch wniosków. Pierwszy wniosek był taki, że król już nie potrzebował moich rad i chciał się mnie pozbyć. Wiedział doskonale, że gdy tylko wejdę do krainy wiecznej, niezgłębionej wiedzy, nigdy nie będę chciał jej opuścić. I tym sposobem przestanę być u jego boku. Skończą się moje rady, moje usługi i zniknę we wnętrzu góry na zawsze. Być może tego właśnie chciał król Taniel? Być może takie były jego prawdziwe motywy? Dlaczego chciał to zrobić? Gdy tylko w życiu uda ci się poznać jakiegokolwiek króla, od razu uświadomisz sobie, że odpowiedź na to pytanie znają tylko królowie. Drugi wniosek, jaki wysnułem, w zasadzie wykluczał ten pierwszy. Istniała bowiem szansa, iż sam król Taniel uznał mnie za zdolnego i lojalnego na tyle, by zezwolić mi na poznanie starożytnych sekretów. Wtedy on sam mógłby te tajemnice wykorzystać dla swoich własnych celów. Czy miałem być kluczem do poznania tych sekretów? Coś w tym musiało być, bo po paru latach we wnętrzu góry wiedziałem, że tylko najsilniejsi mędrcy o niezmąconej woli oraz niezłomnym charakterze mogli wytrzymać pokusę odwrócenia się od świata i pozostania w tym tajemniczym świecie tajemnic i zaklęć. Na zawsze.

 

Wytrwaj jeszcze trochę, ponieważ teraz dochodzę do kluczowego momentu.

 

Akurat mijał piąty rok mojego odkrywania tajemnic biblioteki. Gnany dziwnym przeczuciem i pośpiechem biegłem korytarzem do zachodniej, najstarszej części labiryntu. Nagle niespodziewanie potknąłem się na rozwiązanym rzemyku moich butów. Ponieważ pędziłem dość szybko, wiedziałem, że uderzę w ścianę i będzie to bardzo bolesne doświadczenie. Skuliłem się więc i okryłem głowę rękami. W takiej pozycji gruchnąłem z całym impetem w skałę. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast bólu i rozbitej głowy, przeleciałem przez nią, rozbijając ją swoim ciałem. Wylądowałem na posadzce pomieszczenia, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Sądząc po kurzu i resztkach skały, które przysypały mnie aż po czubek głowy, do tej komnaty od wieków nikt nie wchodził.

Powoli podniosłem się i otrzepałem pył z odzienia. Wypowiedziałem zaklęcie zapalające i nad sufitem rozbłysnął ognik lampowy, przepędzając mrok i ciemność. Znajdowałem się w kwadratowym pokoju o równych ścianach polerowanych na gładko, długich na dziesięć kroków. Nie było na nich żadnych sprzętów, wnęk ani schowków. Za to podłoga, wyłożona polerowanym czerwonym marmurem, zawierała wyryte magiczne symbole i linie. A na samym środku stał na pięciokątnym podwyższeniu wysoki podest z ręcznie rzeźbionego drewna.

Na podeście tym spoczywała księga.

Podszedłem bliżej, zapominając o bólu po upadku. Księga oprawiona była w czerwoną skórę ze złotymi okuciami. Okładki spinała mocna klamra z czystego złota. Na oko miała co najmniej czterysta stron.

 

Już się domyślasz, czym była?

Jeżeli myślisz, że to zaczarowana księga, pełna zaklęć i wiedzy, którą starożytni bardzo chcieli ukryć, to masz rację. Tym właśnie była.

 

Byłem głupcem i uległem. Gdybym wiedział, co ona zawiera, nie zbliżyłbym się do niej choćby na sto kroków. Starożytni słusznie ukryli ją tak starannie. Wiedzieli, że jedno z zaklęć potrafi obudzić ciemną siłę, która zechce zapanować nad światem a światło zamienić w mrok.

 

Twój udział w tej historii nie jest przypadkowy. Wyczytałem o tym w zwojach. Jesteś częścią przepowiedni, która odmienić ma losy tej krainy. To właśnie ty masz dopomóc komuś, kto nagle pojawi się w tej historii.

Twoje przeznaczenie właśnie zaczęło się wypełniać.

 

Biały domek z czerwonym dachem stał skąpany w szumie liści Wielkiego Lasu. Od strony rzeki nadciągały burzowe chmury, zwiastujące solidną ulewę. Zbliżała się właśnie pora podwieczorku, gdy ktoś od środka nacisnął klamkę. Zielone drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i przez próg domu do magicznej krainy wszedł chłopiec. Zupełnie inny, niż ten, który pojawił się w tym samym miejscu pół wieku temu. Miał na sobie jasną bluzę z kapturem i dżinsowe spodnie. Okurzone Adidasy miały jedną urwaną sznurówkę. Na plecach dźwigał plecak w kolorowe wzory. Chłopiec był wyraźnie zdziwiony i rozkojarzony. Jakby zupełnie nie spodziewał się tego, że pojawi się w krainie Lim. Przetarł oczy ze zdumienia i zszedł powoli na żwirowaną alejkę. Zanim drzwi zatrzasnęły się za nim, z wnętrza domku wyskoczył jeszcze bury kotek i zaczął łasić się do nogi chłopca. Najwidoczniej on również był zaskoczony miejscem, w którym się znalazł.

Robiło się coraz chłodniej, gdy chłopiec stanął na środku drogi. Zupełnie nie wiedział, w którą stronę się udać, czuł się zagubiony. Całkowicie obca okolica. Nieznane zapachy i dźwięki. Przedziwne rośliny, których nigdy wcześniej nie widział, nawet w podręcznikach do biologii. Ale największe zdziwienie i jednocześnie niepokój wzbudzał w nim widok nieba, na którym wyraźnie widział aż trzy księżyce. Trzy księżyce! Gdzie on się znalazł? Chłopiec poczuł, że miejsce to jest bardzo daleko od domu. Znacznie dalej, niż plaża, po której spacerował podczas wakacji, a do której musiał podróżować cały dzień. Tu podróż trwała tylko chwilkę, ale odległość musiała być niewyobrażalna.

Kotek nastroszył futerko i spojrzał na swego pana, który szczelniej zasunął zamek bluzy. Niebo szybko przykrywała ciemna burzowa chmura, zasłaniając księżyce jeden po drugim. W oddali dało się zauważyć zielone błyskawice.

Chłopiec postanowił poszukać schronienia. Może dom, z którego właśnie wyszedł? Jak otworzy drzwi, to na pewno będzie mógł wrócić do domu.

Pobiegł z powrotem do zielonych drzwi, ale okazały się być zamknięte na głucho. Nie dały się otworzyć! Wokół domu również nie było żadnego schronienia, a pierwsze krople deszczu spadały już na czoło chłopca.

Nagle zauważył las przylegający do ogrodzenia. Tam na pewno znajdzie jakąś kryjówkę, pomyślał. A jeżeli nie, to przynajmniej pod drzewami schroni się przez deszczem. Nie zastanawiając się długo, pobiegł w stronę Wielkiego Lasu, wyprzedzając kolejne krople deszczu.

Gdy tylko przekroczył linię drzew, kotek od razu wskoczył mu na plecy wbijając w niego ostre pazurki. Zaczął fukać i syczeć, jakby przeczuwał coś groźnego. Po chwili tak samo zaniepokoił się chłopiec. Las okazał się mroczny i straszny. Wszędzie unosiły się białe opary mgły i chłopiec mógłby przysiąc, że w ciemnych miejscach widzi błyszczące, gapiące się na niego ślepia. Przestraszył się nie na żarty, ale nie wiedział dokąd iść. Oparł się plecami o mokry pień wielkiego drzewa i skrył twarz w dłoniach. Nie mógł zauważyć, jak powoli zbliżają się do niego kosmate macki pędów, które niczym zielone powrozy, chciały złapać go w pułapkę i nigdy już nie wypuścić. Kotek, cały przemoczony, trząsł się ze strachu.

 

Co ty byś zrobił w takiej chwili? Wyobrażasz to sobie? Wiem, że chłopiec się bał. Obserwowałem go za pomocą magii. Schronienie w Wielkim Lesie, który dla ludzi był bardzo niebezpieczny, było niemożliwe. Nie mógł tam zostać ani chwili dłużej.

 

Postanowiłem mu pomóc. Wysłałem więc do niego mój głos.

– Adasiu.

Chłopiec podniósł głowę, słysząc swoje imię. Dobiegało od strony prześwitu pomiędzy drzewami. Nie mógł jednak niczego dojrzeć przez pasma gęstej mgły. Już prawie przekonał siebie, że mu się zdawało, gdy znowu to usłyszał.

– Adasiu. Wstań! Szybko!

Adaś wstał. Kosmate pnącza, które prawie dotykały jego ramion, cofnęły się.

– Kim jesteś? – zawołał bliski płaczu.

– Wyprowadzę cię stąd – nadeszła wyraźna odpowiedź. – Chodź za mną. Musisz się spieszyć. Nie wolno ci tu przebywać.

Adaś podniósł plecak, schował kotka pod bluzę i ruszył w kierunku, skąd dobiegał głos. Po kilkunastu krokach przystanął i obejrzał się za siebie. Wydawało mu się, że coś usłyszał. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą siedział skulony, panował całkowity mrok. Nie dało się zobaczyć niczego, poza wpatrującymi się w niego jarzącymi się na żółto ślepiami. Adaś poczuł, jak strach ściska mu żołądek. Po chwili pojawiły się drugie ślepia. Tym razem świeciły na czerwono. Przestraszony chłopiec usłyszał groźne warczenie bardzo złego, głodnego stworzenia. Oczy zaczęły się do niego zbliżać.

– Szybko! – ponaglił głos. – Wybiegnij z lasu!

Adaś rzucił się do ucieczki. Już nie oglądał się za siebie, lecz gnał na złamanie karku. Słyszał za sobą ciężki tupot wielkich łap. To na pewno te stworzenia ruszyły za nim w pościg.

Na szczęście las skończył się nagle. Stwory nie wybiegły zza drzew. Wyglądało na to, że Adaś był już bezpieczny. Odetchnął.

A czy ty poczułbyś wtedy ulgę? Na pewno tak.

Chłopiec dysząc ciężko po wyczerpującej ucieczce wyprostował się i w końcu ujrzał mnie.

To znaczy, nie mnie osobiście, lecz mój avatar. Wysłałem się do niego na odległość. W rzeczywistości przebywałem wtedy w wieży, ale za pomocą magii mogłem ukazać się w dowolnym miejscu. Teraz mogliśmy wreszcie porozmawiać.

– Gratuluję, Adasiu – zacząłem delikatnie. – Udało ci się uciec. Jeszcze chwila i mogło być naprawdę strasznie.

– Co to było? – zapytał chłopiec, gdy już odzyskał oddech. – Kim ty jesteś? Dlaczego jesteś przeźroczysty? Co to za miejsce? Jak mogę wrócić do domu? Czy to wszystko mi się śni?

– Po kolei, Adasiu – zacząłem. – Zadajesz dużo pytań. Odpowiem na nie po kolei. To, co spotkałeś w Wielkim Lesie jest bardzo groźne, ale tutaj nie będzie cię niepokoić. Dlatego pamiętaj, żeby więcej nie wchodzić do tego lasu. Obiecasz mi to?

– Obiecuję.

– Dobrze. A teraz odpowiem na twoje następne pytania. Również na te, których jeszcze nie zadałeś. Jestem, jakby to powiedzieć, duchem osoby która w tej chwili jest daleko stąd. Mogę z tobą rozmawiać, oraz czynić jeszcze inne rzeczy. Dlatego widzisz przeze mnie na wylot.

– Aha – chłopiec wydawał się rozumieć to doskonale.

– Właśnie. Jesteś, jak widzę, bardzo bystry. Nie dziwi mnie to. Ale o tym później. Miejsce, w którym się znajdujesz – wskazałem ręką po połowie widnokręgu – to zaczarowane królestwo Lim.

– Królestwo? Zaczarowane?

Chłopiec był wyraźnie zaskoczony.

– Tak. Więcej opowiem ci w drodze, jeżeli pozwolisz. Miejsce to znajduje się niedaleko twojego świata. Ale nie w sensie odległości. Trudno to wytłumaczyć małemu chłopcu, ale spróbuję. Wiedz, że czasami pomiędzy naszymi światami powstają przejścia, przez które można wędrować. Tak, jak to zrobiłeś ty.

– Nie rozumiem – Adaś był wyraźnie zaskoczony. – Ale mniejsza z tym. Jak mogę wrócić? Wystarczy, że się obudzę?

– Niestety, to nie sen. Gdyby tak było, nie wiedziałbyś, że śnisz. Zdajesz sobie sprawę, że coś ci się śniło dopiero wtedy, gdy się obudzisz. Tutaj, to miejsce, nie jest snem. To dzieje się naprawdę.

Tym razem oczka chłopca rozszerzyły się z ciekawości. Ponieważ od czasu ucieczki z lasu deszcz przestał padać, zza jego bluzy wyłonił się łebek kudłatego kotka. Spojrzał na słońce, zatrząsł wąsikami i kichnął.

Dalszą rozmowę kontynuowaliśmy w drodze. Chociaż chłopiec nie wiedział tego, o czym ty już wiesz, drogi czytelniku, poczułem, że nie powinienem mówić mu wszystkiego od razu. To mogłoby przeszkodzić mu w wykonaniu zadania, które na niego nałożyło przeznaczenie.

Nagle usłyszałem jak zadaje mi pytanie.

– Dokąd idziemy?

– Ta droga doprowadzi nas do stolicy królestwa Lim. Miasto i zamek leżą na jego skraju, dlatego nasza podróż nie będzie długa.

– Czy tam będę mógł wrócić do domu? Tam są magiczne drzwi do mojego świata?

A ty, jak myślisz? Czy powinienem mu powiedzieć prawdę? Nawet, jeżeli ta prawda nie byłaby przyjemna? A może powinienem skłamać? Ponieważ lubiłem tego chłopca, a kłamstwo i tak wyszłoby na jaw, odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Niestety, nie. W stolicy jest wiele magicznych drzwi, które prowadzą do innych światów, nie tylko do twojego. Ale ty możesz wrócić tylko tą samą drogą, którą przybyłeś.

– To dlaczego nie wrócimy do domku na skraju lasu? – chłopiec zatrzymał się nagle.  – Dlaczego? Przecież jesteś czarownikiem i możesz mi pomóc otworzyć zielone drzwi, prawda? Ja chcę wrócić do domu. Mama i tata będą się martwić.

– Nie mogę otworzyć drzwi – odparłem nie do końca zgodnie z prawdą. – Choćbym chciał.

– To co teraz? – był naprawdę zawiedziony. – Czy zostanę tu na zawsze?

– Możesz zostać w tej bajkowej krainie, jeżeli tylko zechcesz. Podejrzewam jednak, że chcesz wrócić do swoich bliskich. Prawda? – chłopiec pokiwał twierdząco. – Dlatego pójdziemy do zamku króla.

– Do zamku?

– Tak. I tam opowiem ci, co musisz zrobić, aby drzwi do twojego świata same się przed tobą otworzyły.

– Spotkam samego króla? Prawdziwego?

– To nie takie proste. Król jest w tej chwili, jakby to rzec, niedostępny. Ale gdy zrobisz to, co powinieneś, na pewno będziesz mógł liczyć na audiencję u samego władcy krainy Lim, jaśnie nam panującego króla Taniela.

 

Nasza wędrówka trwała już jakiś czas. Mijaliśmy zagajniki, sady i kolorowe domki z małymi ogródkami. Gdzieniegdzie nad ukwieconymi połaciami łąk unosiły się chmary pszczół. Wędrówkę umilało przyjemne słońce i donośny śpiew fruwających nad naszymi głowami ptaków. Nie brakowało również innych ludzi, którzy wędrowali Traktem Królewskim całkiem licznie. To była uczęszczana trasa.

 

Adam cały czas wpatrywał się w cuda, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. W tej krainie nawet zwykłe rzeczy dla przybywającego ze świata ludzi chłopca były całkowicie nowe, zaczarowane i fascynujące. Przecież każda rzecz, każde stworzenie w krainie Lim miało w sobie cząstkę mocy żywiołu. W rezultacie, podczas ruchu, latania, podmuchu wiatru lub dotyku, wokół nich często pojawiała się kolorowa poświata. A czasem migoczące iskry lub kręcące się kształty, które wzbudzone magią szybko gasły. Zauważyłem również, że zaczął przyglądać się także ciemnym smugom lepkiego dymu, opadającego raz za razem z wiszących gałęzi drzew. Widziałem, jak przygląda się znajomym mu pasmom mgły, które wyłaniają się co jakiś czas spod ukrytych w cieniu przydaszków i schowków na drewno. Zacząłem obawiać się, że zacznie podejrzewać, iż rozpad krainy Lim już się rozpoczął. Te obawy mogły pokrzyżować moje plany. Musiałem jakoś odwrócić jego uwagę.

W końcu postanowiłem zapytać o coś, co nurtowało mnie od dawna. Podejrzewam, że ty też zadawałeś sobie to pytanie.

– Opowiedz mi, Adasiu, jak się tu znalazłeś? Jak wszedłeś do naszego świata?

Tak naprawdę wiedziałem dokładnie, w jaki sposób chłopiec pojawił się w krainie Lim, bo to ja sam go tu przywołałem i otworzyłem dla niego przejście. Nie mogłem mu jednak tego powiedzieć. Jeszcze nie teraz. A i ty również musisz dotrzymać tajemnicy. Interesowało mnie natomiast, jak to moje wezwanie zadziałało w jego świecie.

Adaś zwolnił kroku, czekając aż idący z tyłu kotek zrówna się z nami i zaczął.

– To było bardzo dziwne. Jakoś ciągle wydaje mi się, że to tylko dziwny sen, zwłaszcza, gdy patrzę na te magiczne światła, unoszące się za latającymi nad nami ptakami.

– Ale wiesz, że to prawdziwe miejsce? – upewniłem się.

– Tak. Chyba tak  – potwierdził chłopiec. – No więc, wracałem sobie ze szkoły, jak co dzień…

– Szkoły? – zapytałem zdziwiony. – Co to takiego?

Adam pomyślał chwilę.

– To miejsce, w którym uczymy się nowych rzeczy.

– Aha. Rozumiem. My też mamy takie miejsca, tylko nazywają się inaczej. Kontynuuj Adasiu. Co było dalej?

– No więc codziennie wracam tą samą drogą do domu. I zawsze przechodzę obok wielkiego muru, który, jak mama mówiła, został zbudowany setki lat temu nie wiadomo przez kogo. Wielokrotnie liczyłem i wiem, że mur ma dokładnie sto kroków długości. Później skręca na lewo i znika za pagórkiem. Ale nigdy tam nie szedłem, bo teren jest ogrodzony.

– A co jest za tym murem? – byłem naprawdę ciekawy.

– O to chodzi, że nie wiem. Mur jest wysoki. Kamienny. W wielu miejscach popękany. Widać, że bardzo stary. Poza tym, za nim rośnie dużo wysokich, starych drzew a z niego spływają całe sznury pnączy i bluszczu, który wrasta w spękane szczeliny. W lecie to kamienno – zielony mur. Dzisiaj rano wyszedłem wcześniej, bo kręciło mi się w głowie i pani nauczycielka pozwoliła mi iść do domu. Gdy przechodziłem obok muru zauważyłem zielone drzwi.

– Czy to coś dziwnego?

– Tak – Adaś był wyraźnie poruszony swoją historią. – Chodzi o to, że tam nigdy nie było żadnych drzwi.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– To, że drzwi pojawiły się nagle. Wyglądały na stare i były dokładnie wpasowane w mur, jakby były tam od zawsze. Ale ja przecież wiem, że w tym miejscu nigdy ich nie było. To było takie ciekawe.

– I co zrobiłeś?

– Otworzyłem je i zauważyłem białe schodki prowadzące do ogrodu, który przylega do gęstego lasu.

– A więc to tak się tu dostałeś. Ciekawe, że w ten sposób wypełnił się czar…

– Jaki czar? – zapytał, jak się okazało, całkiem bystry chłopiec. Postanowiłem, że jeszcze nie pora na to, aby usłyszał prawdę.

– Ach, to nic takiego. Czasami tak tutaj mówimy.

– W porządku – odpowiedział chłopiec, ale przekrzywił głowę i zaczął przenikliwie mi się przyglądać. Zauważyłem, że pojawiło się w nim ziarno wątpliwości.

Postanowiłem szybko zmienić temat.

– A to stworzenie, które idzie za nami? – wskazałem przeźroczystą ręką na kotka. – Co to i skąd się tu wzięło? To twój osobisty opiekun?

– Nie. Po prostu czasem za mną chodzi, bo karmię go resztkami kanapek, których nie zdążę zjeść w szkole.

 

Po kilku godzinach marszu i paru przerwach na odpoczynek doszliśmy do murów stolicy. Przeszliśmy przez główną bramę i skręciliśmy w lewo, kierując się wyłożoną kamieniami drogą w górę, w kierunku zamku. Po jakimś czasie przeszliśmy przez bramę zamkową. Adaś spoglądał z zaciekawieniem na wiszące wysoko nad nim wrzeciona stalowej kraty, która w każdej chwili mogła zostać opuszczona.

– Zawsze, jak pod nią przechodzę – nachyliłem się do jego ucha i szepnąłem z wesołą powagą – boję się, że ta krata spadnie mi na głowę.

Spojrzał na mnie a ja uśmiechnąłem się do niego wyczuwając, że on również miał takie obawy.

 

Weszliśmy w krużganki i ruszyliśmy w kierunku odległych o około sto kroków drewnianych drzwi. Gdy dotarliśmy na miejsce, postanowiłem rozpuścić moją przeźroczystą postać.

Adam podskoczył wyraźnie zaskoczony i patrzył wielkimi oczami, jak znikam swój awatar. Po chwili stał przed drzwiami całkowicie sam. Nie licząc kotka. Z każdą chwilą był coraz bardziej zagubiony.

Drzwi nagle otworzyły się i wyszedłem z nich ja. W swojej prawdziwej postaci.

– Witam cię Adamie, po raz drugi tego dnia – zwróciłem się do zaskoczonego chłopca. – Teraz osobiście zaprowadzę cię do miejsca, w którym będziesz mógł wypełnić rolę, jaką ci jest pisane wypełnić.

– Rolę? Jaką rolę? I czy teraz to jesteś prawdziwy ty?

 

To był właśnie ten moment, który miał zadecydować o dalszych losach krainy Lim. Mogłem powiedzieć mu prawdę lub skłamać. Gdyby dowiedział się, jaka naprawdę jest jego rola, mógłby odmówić wykonania zadania, tym samym skazując krainę Lim na tragiczny los. Gdybym jednak skłamał, tak naprawdę w niczym by to nie pomogło. Wiedziałem bowiem, że Adam musi zgodzić się na wykonanie misji.

A twoim zdaniem, co powinienem zrobić? Powiedzieć prawdę, czy skłamać? Jaką decyzję ty byś podjął? Być może polubiłeś już Adama i nie chcesz, żebym go okłamywał? Wiesz, co ty byś zrobił, będąc na moim miejscu?

 

Postanowiłem powiedzieć mu prawdę.

– Adasiu – położyłem mu rękę na ramieniu. – Już czas, żebyś dowiedział się, dlaczego tu jesteś. I jaka jest prawda. Wejdź do środka – wskazałem wnętrze pomieszczenia – porozmawiamy.

Chłopiec patrzył na mnie spokojnym wzrokiem. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami, zadał mi pytanie, które wręcz mnie zdumiało.

– Czy kraina Lim umiera?

Zatkało mnie. Ten chłopiec był naprawdę bystry. Podejrzewam też, że zaczął odczytywać język żywiołów i to od nich wyczuł zaniepokojenie, które zagnieździło się w sercu tego królestwa.

– Tak – postanowiłem, że nie będę go okłamywać.

– Drzewa mi to powiedziały – odparł chłopiec. – Zacząłem je słyszeć jakąś godzinę przed dojściem pod zamkowe mury. Słyszeć nie uszami, bo one nic nie mówią na głos. Słyszałem jakby ich myśli. Wiem, że coś złego zostało obudzone i wiem, że tylko ja mogę to naprawić.

– W zasadzie twoja wyjątkowa zdolność odczytywania naszej magii znacznie ułatwia mi sprawę – odparłem, ciesząc się, że nie będę musiał przekonywać go do tego, iż mówię prawdę. Adam tak doskonale zaczął odczytywać mowę żywiołów, iż z pewnością od razu odkryłby, że kłamię.
Decyzja o mówieniu prawdy, jak się okazało, była całkowicie słuszna. Zgodzisz się ze mną?

– Słyszałem, jak drzewa płaczą – kontynuował Adam. – Ptaki boją się latać, bo w powietrzu coraz więcej jest miejsc ze złą magią, a w cieniu, gdzie nie dochodzi słońce, rodzi się coraz więcej mgły. Jak w Wielkim Lesie.

– Masz rację. Z tej mgły wkrótce wyjdą stwory, które chciały cię tam złapać. Tak, Adasiu, nasza kraina jest w wielkim niebezpieczeństwie. I tylko ty możesz to zatrzymać.

Chłopiec stał wyprostowany. Widziałem wyraźnie, jak mocno się zmienił od czasu, gdy zrezygnowany i przestraszony siedział skulony pod drzewem. Wtedy był zagubiony i słaby. Teraz stał pewnie na nogach, a ja widziałem, jak budzi się w nim odwaga. Wiedziałem, że przepowiednia wskazała mi właściwego chłopca.

– O jakiej przepowiedni myślisz? – usłyszałem jego pytanie i aż podskoczyłem. Skąd on znał moje myśli? Czyżby tak szybko zaczął odczytywać magię? Nie potrzebował na to całych dziesięcioleci pracy i studiów nad tajemniczymi księgami? To było zdumiewające. Oznaczało to, że muszę mu powiedzieć.

– Pięćdziesiąt lat temu z domku, który już znasz, wyszedł chłopiec. Był bardzo podobny do ciebie. Bardziej, niż może ci się wydawać. Ale w tym chłopcu był mrok. Przybył z krainy, w której nie ma dobrych uczynków, a ludzie są niewolnikami służącymi siłom ciemności. W krainie tej powoli zaczynało brakować miejsca na rozrastające się zło, dlatego chłopiec zgłosił się na ochotnika, by poszukać innych światów i krain, które mógłby zatruć złą mocą. I tak też zrobił. Pewnego dnia, stojąc naprzeciw wielkiego muru, długiego na co najmniej sto kroków, otworzył stworzone złą magią zielone drzwi i wszedł do tej krainy.

– Tak, jak ja. On też przeszedł przez drzwi w murze?

– Tak naprawdę, to był ten sam mur. Te same drzwi i ten sam chłopiec. Tylko z zupełnie innej krainy. Krainy zła.

– Nie rozumiem. Jak to ten sam?

 

Widziałem, że Adam nie do końca rozumie zawiłości podróży pomiędzy światami. Postanowiłem mu to trochę wyjaśnić. Jeżeli ty nadal nie do końca pojmiesz tę kwestię, śmiało zapytaj kogoś dorosłego, kto może ci to wyjaśnić. Wybierz jednak kogoś, kto według ciebie jest równie bystry, co ty.

– Jak ci wcześniej opowiadałem, jest bardzo wiele światów. Są dobre i złe światy. Są światy, na których jest mnóstwo magii, ale są też takie, które są jej pozbawione. Ten, z którego ty przyszedłeś jest tylko jednym z wielu.

Skręciliśmy w lewy korytarz. Ruszyliśmy oświetleni magicznymi kulami światła, zawieszonymi pod sklepieniem. Przy ścianach stały niezliczone regały z pergaminami. Adam zatrzymał się i sięgnął po jeden z nich. Rozwinął go.

– W moim świecie chyba nie ma magii – wtrącił nagle, próbując odczytać starożytny język. Po chwili jego oczy otworzyły się szeroko i szybko odłożył manuskrypt na miejsce.

– Muszę wyprowadzić cię z błędu – odpowiedziałem natychmiast. – Twój świat, świat ludzi, jest jednym z tych miejsc, gdzie magii jest najwięcej. Jednakże sami mieszkańcy oduczyli się ją dostrzegać. Nie widzą jej i nie czują. Dlatego myślą, że magia nie istnieje. Ale jest jej naprawdę niewyczerpana ilość.

– Rozumiem. Choć trudno w to uwierzyć. Ale ja zawsze czułem, że magia istnieje i można za jej pomocą czynić wiele dobra.

Mijaliśmy właśnie komnatę zadumy, która miała wysokość najwyższego drzewa w Wielkim Lesie. Poprowadziłem Adama bocznym przejściem. Już niedaleko.

– Dlatego właśnie to ciebie przywołałem do naszej krainy. Należysz do świata, w którym jest mnóstwo mocy i jednocześnie masz w sobie ogromne ilości dobra. Właśnie dlatego tak szybko zacząłeś wyczuwać moją krainę. W krainie Lim jesteś najpotężniejszym magiem, chociaż pewnie jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Mimo tego, że nie ukończyłeś żadnej, jak ty to nazywasz, szkoły magii.

Adam uśmiechnął się do mnie i pogłaskał kotka, łaszącego się do niego.

Ruszyliśmy w kierunku komnaty z księgą. Czy chłopiec podejrzewał, gdzie go prowadzę?

– Idziemy teraz do najbardziej strzeżonego przedmiotu w całej krainie Lim. To właśnie od niego wszystko się zaczęło. Przez wiele lat studiowałem ukryte tam przed światem księgi i zaklęcia. Uczyłem się formuł i…

– I to ty obudziłeś zło – przerwał mi Adam.

– Tak. Pewnego razu natrafiłem na księgę, którą starożytni ukryli w zamurowanej skałami komnacie. Chłopiec, który przybył w poszukiwaniu sposobu rozsiania zła w tej krainie zdążył dorosnąć i objął bardzo wysoką funkcję na dworze króla. Później dowiesz się, kto to taki. Musisz wiedzieć, że chłopiec ten już wcześniej próbował otworzyć przejście do swojego świata. Już wcześniej chciał wpuścić do tej krainy zło. Eksperymentował więc z zaklęciami i odprawiał przeróżne mroczne rytuały.

– Domyślam się, że mu się to nie udało – dokończył Adam.

– I tak, i nie – odpowiedziałem po dłuższej chwili. – Gdy wysłannik ze świata zła miał trzydzieści lat, próbował otworzyć wrota do swojej krainy. Chciał, aby jej władca mógł się tutaj przedostać. Oznaczałoby to koniec krainy Lim. Na szczęście mu się to nie udało.

– To bardzo dobrze, prawda?

– Pewnie tak, ale eksperyment jednak nie był całkowitą porażką. Wrota otworzyły się tylko na krótką chwilę, zanim dobrej magii z tego świata udało się je zamknąć na stałe. Ale te kilka chwil spowodowało, że Wielki Las, który od wieków był przyjaznym, radosnym miejscem, został skażony. I tak, jak miałeś okazję się przekonać, jest to złe i mroczne miejsce. Pełne niebezpiecznych stworzeń. Zło, które weszło do naszej krainy zamieszkało w lesie i nie wychodzi stamtąd, ale gdyby tylko wrota udało się otworzyć na stałe, taki los czeka całą krainę Lim.

– Czy król nie może zamknąć tego człowieka? Albo mu przeszkodzić?

– To bardzo dobre pytanie. Niestety, gdy król dowiedział się o niecnych planach tej osoby, rzuciła ona na niego czar. Od tamtej pory król śpi i nikomu nie udało się go obudzić. Jest, jakby to powiedzieć, w letargu. Śpi, ale nie potrzebuje jeść, ani pić. Żyje jednak. Nikt poza nim nie zna tożsamości tego zdrajcy, który chce doprowadzić do upadku królestwa.

– To nieprawda – przerwał mi chłopiec. – Jest jeszcze ktoś, kto wie, kim ta osoba jest.

Nie odezwałem się, ponieważ to, co powiedział, było prawdą.

– Król jest w letargu od trzech lat – postanowiłem kontynuować opowieść. Wędrowaliśmy coraz głębiej do wnętrza góry. – A ja nie tak dawno dowiedziałem się, jak wreszcie zdrajca może na stałe otworzyć wrota do krainy zła i wpuścić je tutaj. Dowiedziałem się tego z przepowiedni.

 

Pamiętasz, jak wspominałem ci na początku tej historii o przepowiedni? To było mniej więcej wtedy, gdy dowiedziałeś się, że będę potrzebował twojej pomocy.

 

Zaraz poznasz treść tego proroctwa, ponieważ zdecydowałem, że zacytuję je także Adamowi.

– Na ostatniej stronie, ukrytej w tajemnej komnacie księgi Starożytni napisali, że drzwi otwarte do krainy zła mogą zostać zamknięte. Ale tylko przez kogoś z krainy, w której narodziła się magia. Z krainy, która tą magię rozsiała po okolicznych światach, aby zapuściła swe korzenie, rosła i przynosiła dobre plony.

Dochodziliśmy prawie na miejsce. Jeszcze tylko kilkanaście kroków.

– Według słów przepowiedni, wysłannik ze świata ludzi nie będzie miał w sobie ani odrobiny zła, a przybędzie do krainy Lim w momencie jej największej próby. W chwili, gdy dobro ze złem zmierzy się w ostatecznym pojedynku.

Adam zatrzymał się i spojrzał na mnie.

– Odnoszę wrażenie, że nie mówisz mi o czymś bardzo ważnym. Widzę, że starasz się to ukryć głęboko – to stwierdzenie chłopca mocno mnie zaniepokoiło. Czułem, że mam coraz mniej czasu. On z minuty na minutę chłonął coraz więcej mocy. Postanowiłem powoli kończyć historię.

– Chłopiec z przepowiedni zostanie wezwany przez przybysza ze świata zła. I ten przybysz zechce pokonać chłopca. Jeżeli tego nie zrobi, jeżeli dobry chłopiec wygra, nie uda się otworzyć wrót dla krainy Zła. Wysłannik Dobra będzie musiał zostać pokonany. Ale słowa przepowiedni mówią, że to się nie uda, ponieważ wysłannik ze świata ludzi jest zbyt potężny. Zło pokonać go nie zdoła.

– Czyli – chłopiec odwrócił się do mnie – sprawa załatwiona. Skoro dobra nie można pokonać, kraina Lim przetrwa. Jak rozumiem, to ja jestem tym wysłannikiem ze świata, w którym narodziła się magia? Tak?

– Tak – potwierdziłem. – Jesteśmy na miejscu.

Weszliśmy do pomieszczenia, do którego wpadłem przed wielu laty, rozbijając kamienną ścianę.

Adam podszedł do piedestału, na którym spoczywała księga. Na podłodze z czerwonego marmuru zalśniły zielonym fosforyzującym światłem znaki i symbole wyrysowane tam przez Pradawnych. Poczułem, jak moc wzbiera we mnie falami. Uśmiechnąłem się kącikiem ust.

Adam dotknął księgi i odwrócił się do mnie.

– To byłeś ty – wskazał we mnie palcem. – To ty byłeś tym chłopcem, który przeszedł przez zielone drzwi pięćdziesiąt lat temu.

Nie zaprzeczyłem. Czekałem, aż moja moc osiągnie wyższy poziom. Musiałem się przygotować, bo w tym momencie nie byłem jeszcze gotów do rzucenia zaklęcia.

 

Pamiętasz może, czytelniku, jak na początku tej historii opowiedziałem ci, że będę cię potrzebował? Niebawem, mój drogi, wezwę cię do pomocy. Wiesz już po co tu jesteś? Bez ciebie nie uda mi się pokonać wysłannika świata ludzi. Być może czujesz się teraz trochę oszukany, ale to było konieczne.

 

Powoli stanąłem w wejściu, odgradzając wejście. Adam stał obok księgi. Po podłodze dreptał jego kotek, a jego oczy jarzyły się intensywnym światłem.

– Gdy tylko przybyłem do tej krainy – postanowiłem opowiedzieć resztę historii – od razu poczułem się źle. Pochodzę ze świata, który jest na wskroś zły. Ze świata, który wyprzedza krainę ludzi o kilkadziesiąt lat. Pamiętam, jak ja również wracałem co dzień ze szkoły, która uczyła naprawdę złych rzeczy. Przechodziłem obok wielkiego muru codziennie. W moim świecie nikt się nie uśmiecha, nikt nie jest szczęśliwy. Wszyscy pędzą za władzą i pieniądzem. Drugi człowiek się nie liczy. Rodzice nie kochają swoich dzieci. Dzieci pogardzają rodzicami i wszystkimi dookoła. Świat jest szary a gdy kilka razy w roku przestaje padać i wygląda słońce, wszyscy chowają się do mrocznych piwnic, ponieważ nienawidzą światła i radości.

Adam słuchał z uwagą. Tego mi było potrzeba. Moja moc rosła. Miałem nadzieję, że on tego nie zauważy.

– Dlaczego stałeś się zły? – zapytał Adam. Jego oczy rozjaśniał migotliwy blask. Czułem, że przygotowuje się do czegoś.

– Gdy przybyłem tutaj, jak już wspominałem, początkowo czułem się źle. Ale z czasem to się zmieniło. Napotkałem krainę radości, życzliwych mieszkańców, mnóstwo współczucia, dobra i bezinteresowności. To zmieniło mnie do tego stopnia, że na długie dziesięciolecia zapomniałem o swojej misji.

– To w takim razie co się zmieniło, że postanowiłeś powrócić na ścieżkę zła?

– Wypowiedziałem zaklęcie – odparłem chłodno. – Gdybym lata temu nie wpadł to tej komnaty, gdybym nie znalazł tej przeklętej księgi zaklęć i z głupiej ciekawości nie wypowiedział starożytnej formuły przywołującej, nie doszłoby do tego.

– Formuła przywołująca? – zapytał Adam. – Co to takiego?

Kot nagle wydał mi się jakby większy. To pewnie przewidzenie.

– Zadaniem tego zaklęcia było obudzenie pierwotnych linii przeznaczenia, zapisanych w księdze życia. Nie podejrzewałem, że moim przeznaczeniem było zniszczyć ten świat. Poczułem smutek, ponieważ to nie tak miało być. Powtarzałem to sobie po raz tysięczny.

Mój drogi, czytający te słowa. Rozumiesz powoli dlaczego poprosiłem cię o pomoc? Jaka jest twoja rola w tym zadaniu?

 

Bez ciebie nie udałoby mi się wezwać Adama do tego świata. Bez ciebie nie miałbym szans przyprowadzić go do jedynego miejsca, w którym mogę go pokonać. Teraz twoje zadanie polegać będzie na tym, aby stanąć po mojej stronie.

Ale to ty musisz podjąć tę decyzję. Nie mogę cię do niczego zmusić. Na tym polega ta misja.

 

Poczułem, że za moimi plecami coś się poruszyło. Nareszcie. Usłyszałem skrobanie pazurów po skalnej posadzce. Pomieszczenie wypełniło posykiwanie wysokiego do połowy moich ud gada, który przekroczył ze mną pół wieku temu granicę światów. Kot Adama, wyczuwając obleśny odór z paszczy mojego gadziego strażnika, zafurczał groźnie. Kocie oczka świeciły, jak dwie latarnie.

– Stałem się niewolnikiem przeznaczenia. Tak jak ty – odpowiedziałem chłopcu, który teraz nieco bardziej przypominał mężczyznę. – Po tym, jak zadziałało zaklęcie, moja wola została złamana. Zaklęcie przejęło nade mną władzę. To ja dawno temu sprowadziłem do lasu wielkie zło. Zniszczyłem całe życie, które w nim kwitło. Po tym strasznym wydarzeniu przysiągłem sobie, że już nigdy nie zrobię niczego złego. I udało mi się dotrzymać tej obietnicy. Aż do chwili…

– Gdy rzuciłeś zaklęcie – dokończył chłopiec.

Spojrzałem na niego. Emanowała z niego moc. Czułem, że jeszcze chwila i będę gotowy.

 

Teraz kolej na ciebie. Tak, ocknij się i pomóż mi. Jeżeli mi nie pomożesz, nie uda mi się rzucić zaklęcia na Adama i podobnie, jak to zrobiłem z królem Tanielem, wysłać go do krainy wiecznego snu.

W odpowiedniej chwili dam ci znać, a ty zdecydujesz, po której stronie jesteś. Mojej – złej, czy Adama – dobrej.

Gdy staniesz po mojej stronie, pokonamy go i wspólnie będziemy mogli otworzyć bramę do mojego świata. Całe księstwo Lim zamieni się w pokrytą mrokiem krainę. Podobnie, jak Wielki Las.

Zastanów się, po której stronie staniesz.

 

 

Nagle Adam wszedł na piedestał, otworzył księgę i spojrzał do wnętrza.

– Nie znasz tego języka – odparłem dość niepewnie.

Przestraszyłem się, że mógłby znaleźć coś, co może przeszkodzić działającemu we mnie zaklęciu zła pokonać moją wolę. – Uczyłem się tego języka przez dwa lata.

– Ależ Adamie – chłopiec niespodziewanie zwrócił się do mnie moim prawdziwym imieniem. – Doskonale znam ten język. I rozumiem go. – Byłem zszokowany. Czyżby mnie przejrzał? – Wiem także kim jesteś. Kim jesteś NAPRAWDĘ.

– To niemożliwe! Nie możesz tego wiedzieć!

– Wiem to od chwili, gdy weszliśmy do tej komnaty. I wiem, że za sprawą zaklęcia, które wypowiedziałeś, będziesz musiał ze mną walczyć, chociaż tego nie chcesz.

Nie odezwałem się. Chłopiec opowiadał dalej.

– Znam całą przepowiednię. Księga mi ją zdradziła – poczułem, że blednę ze strachu. – Zapomniałeś wspomnieć o trzech detalach. Po pierwsze, tylko ty sam możesz pokonać samego siebie. A ponieważ tobą zawładnęło złe zaklęcie, które zmusza cię do wypełnienia woli twojego pana ze świata ciemności, musiałeś wezwać mnie.

Milczałem. Jak do tej pory wszystko się zgadzało.

– Druga sprawa – kontynuował Adam młodszy – ja jestem tobą. Ale jestem tobą z innego świata. A w zasadzie to ty również jesteś mną. Z innego czasu i innego miejsca. Musiałeś wezwać samego siebie, aby stoczył z tobą walkę, ponieważ chłopca przeznaczenia nikt nie może pokonać. O tym mówi przepowiednia. Słusznie zatem założyłeś, że jedyną osobą zdolną pokonać cię w walce będziesz ty sam. I tylko ty to możesz zrobić. Dlatego wezwałeś mnie, czyli inną wersję siebie, z innego świata. Ze świata w którym magia jest najpotężniejsza.

– Po trzecie – tym razem to ja zdecydowałem się dokończyć. – Jest tylko jedno miejsce w królestwie Lim, w którym wspomagany mocą złego zaklęcia mogę cię pokonać, Adamie z krainy Ludzi. I właśnie jesteśmy dokładnie w tym miejscu.

– W miejscu – dopowiedział młodszy Adam – z podłogą czerwoną, niczym krew. Z wyrytymi na niej symbolami blokującymi moc dobra. Pamiętaj jednak o jednym – spojrzał mi prosto w oczy – mam w zanadrzu coś, co pokona cię, jeżeli zaatakujesz.

 

To właśnie teraz nadeszła pora, byś ty, czytający te słowa, wybrał stronę. Najbliższe chwile zdecydują o losie królestwa Lim i w przyszłości o tym, czy następną krainą, którą odwiedzę, będzie twoja kraina. Kraina ludzi – twój dom. Po prostu zacznij myśleć intensywnie o tym, który z nas ma być mocniejszy. Komu kibicujesz? Kto ma wygrać? Wyślij myśl mocy temu, komu kibicujesz! Teraz!

 

Zaatakowałem znienacka.

Rozpostarłem dłonie, rozjarzając je kulą ognia, którą celowałem w młodszego siebie. Młodzieniec stał bez ruchu, jakby nie zamierzał się bronić. Rzuciłem ognisty promień, który roztrzaskał się z ogromnym hukiem niecały metr od twarzy chłopca. Podniósł się tuman kurzu a kłęby siarkowego dymu wypełniły całe pomieszczenie, wyciskając z oczu łzy. Podjąłem drugą próbę, ale czułem, że moja moc gaśnie.

 

Hej! Po czyjej jesteś stronie? Komu pomagasz? Mnie, czy jemu? Muszę go pokonać. Złe zaklęcie tego wymaga.

 

Nadal czułem, że tracę moc. Że wycieka ona ze mnie do jakiegoś innego miejsca.

Ściany komnaty zaczęły mienić się żółtymi wzorami. Pulsować w rytmie bicia serca.

Tym razem postanowiłem zastosować podstęp. Wypowiedziałem zaklęcie, które nad głową młodzieńca miało wyczarować ogromny skalny głaz. Czułem, że Adam przechytrzy mnie i nie dopuście do tego, aby ten ogromny kamień spadł na jego głowę. Wiedziałem o tym. Tak naprawdę chodziło mi tylko o to, aby odwrócić jego uwagę.

I udało się!

Podczas, gdy zaklęcie młodzieńca rozpuszczało kamień, zamieniając go w kłęby baniek mydlanych, z boku zakradł się mój groźny gad i skoczył.

Młodzieniec, uderzony cielskiem wijącego się stwora, uderzył głową o posadzkę. Tylko na to czekałem. Teraz był zupełnie bezbronny!

Podszedłem do leżącego na czerwonym marmurze chłopca. Na jego skroni rósł wielki guz. Mój stwór zadowolony z udanego ataku odmaszerował na bok i czekał. Na to, co miało teraz nastąpić.

Nagle podłoga zadrżała. Tak mocno, że prawie upadłem. Poczułem zapach palonego drewna. Odwróciłem się w tamtą stronę. W kącie pomieszczenia stał bury kot. Ale nie przypominał już tego kotka, który wędrował z nami przez całą drogę. Widziałem, jak rósł w oczach. Delikatnie zanurzył łapy w jednej ze świetlistych smug mocy, które jarzyły się po całej posadzce. I rósł, wciągając w siebie moc. Rósł niezwykle szybko. Po kilku chwilach jego potężny pysk ogromnego lwa rozdziawił się i zwierzak zaryczał. Potężnie i groźnie. Mój stwór czmychnął przepędzony strachem. A mnie zamurowało. Stałem nieruchomo, patrząc w rozświetlone blaskiem mocy oczy potężnego kota, którego kły były większe, niż moja dłoń.

Nie zauważyłem, kiedy młodzieniec wstał. Na jego głowie nie było znaku żadnych obrażeń. Podszedł do kota i pogłaskał go po płowej grzywie. Ten zamruczał i lizał wielkim jęzorem dłoń swego pana. Następnie Adam zwrócił się w moją stronę.

– Pomogę ci – powiedział spokojnie. W jego głosie nie było słychać ani złości, ani wyrzutów. – Ale nie wyplenię z ciebie zła, które przeniknęło cię aż do dna twego serca. Nie jest prawdą, że to zaklęcie księgi tobą steruje. To ty sam decydujesz, czy być dobrym, czy złym.

Podszedł do mnie. Nie mogłem nic zrobić. Moja moc opuściła mnie całkowicie. Zło, które rządziło mną od tak dawna schowało się gdzieś głęboko. Młody Adam położył jedną dłoń na moim sercu. Poczułem ciepło. Później spojrzał mi w oczy i powiedział.

– Już czas, byś wybrał  Adamie. Czy wybierasz zło, czy dobro?

 

Jeżeli jeszcze tu jesteś, ty, czytający te słowa, pomóż mi zdecydować. Proszę. Co powinienem wybrać? Drogę Dobra czy zawiłe ścieżki Mroku? Co ty byś wybrał?

 

– Adamie – ponownie zwrócił się do mnie młodzieniec. Emanował potężną mocą. – Podjąłeś decyzję?

– Tak – odpowiedziałem. I w tym momencie straciłem przytomność.

 

Świt w królestwie Lim nastał ciepły. Od rana na niebie nie było ani jednej chmurki. Widoczne dwa wielkie księżyce dawały dodatkowy blask, niczym ogromne gwiezdne latarnie. Za sprawą tego dziwnego, nieznanego w świecie ludzi zjawiska, młodszy Adam widział swoje trzy cienie. I cieszył się tym niezmiernie.

Miał przed sobą cały dzień wędrówki. Po wczorajszej uroczystej audiencji u króla, który wybudzony nagle z mrocznego snu zapragnął poznać wybawcę jego świata, odczekał do świtu. Tęsknił za domem. Za szkołą, kolegami. Ale najbardziej tęsknił za mamą i tatą. Jego misja w tym świecie dobiegła końca.

Przepowiednia dokonała się. W krainie Lim nie było już obcego zła a magia z powrotem wnikała w opuszczone przez mroczne siły zakamarki. Mrok ustąpił, by dać miejsce radosnej pieśni życia.

Adam wędrował, ciesząc się z otaczających go zapachów. Chłonął śpiew rysujących na niebie kolorowe smugi ptaków. Słyszał, jak kraina budzi się, rozkwita i przepełniona radością śpiewa.

Magia wracała. Adam, który jeszcze wczoraj był przestraszonym chłopcem, dzisiaj wracał, jako zwycięzca i bohater. Był tego świadomy i rozpierała go radość.

Po południu wkroczył do znajomego ogrodu. Rozejrzał się. Obok niego szedł Mruczek, który po przygodzie w komnacie znów stał się małym kotkiem. Zatańczyło babie lato, łaskocząc go w nos. Zza płotu, od strony Wielkiego Lasu, dobiegało stukanie dzięcioła. Dało się też słyszeć porykiwanie jelenia. Wielki Las ozdrowiał a panujące w nim zło odeszło. Spojrzał na biegające po pniach wiekowych dębów wiewiórki i wszedł na kamienne schodki.

– Wskakuj, kotku – zawołał swego towarzysza, który uratował go wtedy w komnacie. Pora wracać do domu.

Tym razem był przekonany, że drzwi się otworzą.

– Cieszę się, że go uratowaliśmy, Mruczku – zwrócił się do swego towarzysza. – Że uratowaliśmy Adama. Chociaż w zasadzie to on uratował siebie. Wiedział, że sam nie da rady pokonać czającego się w nim zła. Dlatego wezwał nas. Tak naprawdę to on pragnął przegrać. Ale w jego przypadku przegrana oznaczała zwycięstwo, ponieważ tylko w taki sposób mógł wygnać ze swego serca mrok. Tylko wtedy złe zaklęcie, wymuszające na nim służbę złemu panu, mogło zostać rozerwane. To my je rozerwaliśmy, ale to Adam do tego doprowadził.

 

Mój drogi, czytający te słowa. Musisz wiedzieć, że twoja rola była tu najważniejsza. To ty, poprzez twoją decyzję, podjętą w najważniejszym momencie, przyczyniłeś się do przepędzenia z krainy Lim całego zła. To dzięki tobie Adam stał się lepszy i już nigdy nie będzie czytał zaklęć z ukrytej księgi. Nie będzie już przywoływał mroku. Jeszcze dziś ukryje komnatę przed innymi. I nikt nie znajdzie do niej wejścia. Nikt nie znajdzie księgi. Ty jesteś jedyną osobą, która poznała sekret jej ukrycia. Kraina Lim jest ci wdzięczna. Za twoją pomoc i rolę, jaką w tej historii odegrałeś. Oby pokój zawsze gościł w twoim sercu.

 

Przed wejściem do białego domku chłopiec zamyślił się i w głębi serca poczuł radość. Był pełen uznania dla przebiegłości starszego Adama, którego mieszkańcy krainy znali pod imieniem Kalih. Był zły a chciał stać się dobry. W tym celu wezwał dobrą wersję siebie, na tyle potężną, aby była zdolna go pokonać, jednocześnie wypędzając z jego serca zło. Sprytne, ryzykowne i niezwykle odważne.

Adam sięgnął do klamki. Nacisnął ją. Zielone drzwi otworzyły się, ukazując znajomą drogę po drugiej stronie muru. Drogę, którą znał i którą wędrował codziennie ze szkoły. Ale teraz wydawała się całkowicie inna.

– Cóż, kotku – obejrzał się jeszcze raz, chcąc zapamiętać obraz magicznej krainy Lim – wracamy do świata, w którym jest najwięcej magii. Być może kiedyś tu wrócimy? Co ty na to?

Kotek wsunął mu się za bluzę i zaczął mruczeć. Przechodząc przez próg młody Adam uśmiechnął się na myśl o tym, co znajdowało się w jego plecaku. Coś, co dostał od samego króla Taniela. W dowód jego niezmierzonych zasług dla królestwa. Przedmiot wielkiej mocy.

Wiatr poruszył okiennice z wyciętymi motywami liści i kwiatów.

Drzwi za chłopcem i jego kotkiem zamknęły się, zostawiając krainę Lim skąpaną w blasku, śpiewie i bzyczeniu pszczół.

 

Dopisek: bajka została napisana, jako praca konkursowa. To pierwsza bajka, która wyszła spod moich palców. Oczywiście, stworzyłem mnóstwo bajek 🙂 ale głównie dla dorosłego czytelnika.

 

Leave a comment



Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2024

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.