Czy to już koniec?

Siedzę tu już dwa dni. Dziś rano skończyła mi się woda. To samo miejsce. Monotonia. Bezkresny obszar jałowej pustyni. A ja leżę na piasku pośrodku tego szarego morza. Gdzieniegdzie wystają suche kępki traw smagane zimnym, nocnym wiatrem. Słychać tylko jego szum.

Zostawiony pośrodku bezmiaru dzikiego bezludzia – leżę. Księżyc w swej pełni obdarza mnie swym blaskiem, rozświetlając ciemności nocy. Lekka poświata usiadła na gruncie rozciągając blade sylwetki suchych traw i skał, które upstrzone w setki czarnych cieni, do których księżyc nie miał dostępu, straszyły swą bezdenną głębią. Wydawało się, że z każdej plamy mroku obserwują mnie należące do jakiejś bestii ślepia. Jak zaczarowany wpatrywałem się w te skalne kryjówki gotów na to, że w każdym momencie wyskoczy na mnie dzika poczwara nie z tego świata.

Ocknąłem się z tego dreszczowego transu. Spojrzałem na niebo rozgwieżdżone tysiącami słońc. Niczym świecące cekiny rzucone na czarny woal nocy, urzekały mnie swym samym tylko istnieniem. Pomyślałem, jak mało znaczy rasa ludzka. Zwłaszcza teraz. Wobec nieskończoności kosmosu nikt nie zauważyłby, gdybyśmy zniknęli. Wobec ostatnich wydarzeń nie miałem nic przeciw, by jakaś wszechmocna siła zmiotła nasz gatunek z powierzchni ziemi, by wgniotła pamięć o ludzkiej egzystencji w kosmiczny śmietnik.

Ale nie będę oddawał się czarnym myślom. Jestem daleko od miejsc starcia.

Choć i tak za blisko.

Usiadłem.

Wiatr smagał delikatnie moje włosy, opływał moje policzki. Poczułem, jakbym doświadczył delikatnej pieszczoty.

Byłem spragniony. Musiałem wytrzymać. Nie ma lekko.

Z północnego wschodu zaczęły powoli napływać pojedyncze chmury, by po kwadransie rozścielić się czarnym płaszczem na całym północnym niebie. Nieprzenikniona, niczym skrzydła kruka zasłona powoli zakryła niebo i gwiazdy, połykając księżyc niczym piłeczkę golfową. Po pewnym czasie siedziałem pośrodku oceanu nieprzebitej czerni, która opłynęła wszystko w zasięgu wzroku. I nastała cisza nad światem jakby ktoś przykrył go kloszem. Wiatr ucichł niemal w jednej chwili oddając ziemię we władanie Pana Nocy. Nic nie dało się usłyszeć. Zalegała taka cisza, że odgłos bicia serca był jedynym dźwiękiem wśród pustyni.

Poczułem, że jestem sam. Wtedy właśnie poczułem to wręcz namacalnie. Jakby w świat wkradła się śmierć i zabrała wszystkich zostawiając tylko mnie, bym mógł samotnie patrzeć na jej dzieło i odczuć je.

Leżałem na plecach. Czerń nade mną wydawała się być żywa. Ciemne smugi poruszały się w górze niczym olbrzymie pełzające stworzenia. Powietrze stało się gęste i czułem prawie, jak jego konsystencja przyciska moje ciało do podłoża, chcąc wgnieść mnie w piasek.

Zrobiło się gorąco. Miałem wrażenie, że ciemność aż się lepi do mnie, osiada na mej twarzy, dłoniach, całym ciele. Niczym w strasznym śnie ciemne macki mrocznej istoty pochwyciły wszystko, cały świat, trawiąc resztki rzeczywistości.

Wszystko odbywało się w potwornej ciszy.

Bezszelestnie.

Koszmarnie.

Ta chwila trwała wieczność.

Nagle poprzez gęstą, jak zupa noc ujrzałem na północno-wschodnim niebie krótkie błyski światła. Po chwili kolejne dwa. I kolejne. Niepokój ścisnął me serce jeszcze bardziej. Z daleka, po chwili dobiegły rozlane, dudniące odgłosy bitwy.

To ostatnia bitwa. Poza nimi nie pozostał już nikt. Tylko oni tam i ja tu.

Jak się to skończy?

Odpowiedź nadeszła nim skończyłem zadawać sobie to pytanie. Niebo rozświetliła ognista kula, zalewając Ziemię światłem miliona słońc.

Zanim atomowy grzyb utworzył się całkowicie, zginęło życie w promieniu setek kilometrów. Wszelkie istoty żywe wyparowały w fali gorąca, nim zdążyły zrozumieć, co tak naprawdę się stało.

W tej właśnie chwili zginęli ostatni. Nie pozostał nikt. Każda pozostała żywa istota umarła.

I ja także.

Zginąłem wraz z innymi.

 

Bo ten świat nigdy nie miał żadnej przyszłości.

 

Dopisek: tekst powstał podczas drugiego ciężkiego rzutu depresji pod koniec XX w.

Leave a comment



Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2020

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.