Dziecko na mnie czeka - Pisarska Kafejka

Dziecko na mnie czeka

Zgrzyt rozdzieranego metalu zbudził spokój nocy, niczym zwolnione z blokady ostrze gilotyny. Rozpędzony siłą natury brzeszczot losu zwiastował to, czego nie dało się już zatrzymać.

Huk potężnego zderzenia odbił się echem po ścianie lasu,  i uciekł w nicość, jakby chciał jak najszybciej oddalić się od miejsca zbrodni. Jęk i wrzask umęczonej stali wydał się rzuconym w spokój nocy przekleństwem samego demiurga. Eksplozja fali uderzeniowej rozsiała okolicę tysiącami odłamków i plastikowych części. Reflektory prysły agonalnym światłem, nim zmiażdżone schowały się wepchnięte pod maskę. Pojazd zatrzymał się w miejscu, zgniatając maskę, deformując strefy zgniotu, wpychając silnik wprost na nogi kierowcy.

Wszystko działo się, niczym na zwolnionym filmie.

Pulsujący widok przepływającego przed oczami duszy całego życia zatętnił pod powiekami Marty. Niczym oplecione w światło wspomnienie. Wspomnienie zamknięte w klamry, której pierwszą było jej poczęcie a ostatnią – ta chwila. Film wyświetlający te obrazy zatrzymał czas na dokończenie seansu. Na ułamek sekundy przed tym, jak wszystko się zaczęło. Ułamek sekundy później było już po wszystkim.

Wycie klaksonu, wydobywającego się z rozbitego wraku wezwało samą śmierć. Dzisiejszej nocy nie odejdzie ona z pustymi rękami.

Spomiędzy korzeni, paproci i wrzosów pierzchły spłoszone myszy i zające. W oddali rozległo się potępieńcze wycie psów, niczym śpiewany zawczasu marsz żałobny.

Odpryski szkła, rzucone ręką chaosu na asfalt i żółcące się mleczami pobocze, skrzyło się w blasku lamp ulicznych. Klakson zajęczał i ucichł. Scenę zaatakowała cisza w bezczelny sposób anektując miejsce wypadku.

W ciszę nieśmiało wdarł się syk pary uciekającej z pękniętej chłodnicy i klikot migacza. Do chóru dołączył szum wiatru tańczącego pomiędzy gałęziami rosnących przy drodze dębów.

 

Marta ocknęła się, gdy przed rozbitą szybą zamigotały koguty karetki i służb drogowych. Nie czuła bólu. Ale wiedziała, dlaczego go nie czuje. I ta wiedza, ratująca tyle razy życie innych ludzi, których los w zaufaniu jej oddano, tym razem utwierdziła ją w przekonaniu, że to koniec.

Rejestrowała ludzi tłoczących się przy wraku pojazdu, ale nie rozpoznawała poszczególnych słów. Zaczęło ją palić w płucach. Przekręciła gałki oczne, i mijając wzrokiem złamaną na jej klatce piersiowej kierownicę, powędrowała na opuszczoną osłonę przeciwsłoneczną.

Za paskiem z tworzywa uśmiechało się do niej zdjęcie dziecka. Jej syna.

– Maciusiu – zajęczała, ale tak cicho, że nikt nie mógł ją usłyszeć. – Synku.

Poczuła ból tysiąckrotnie dotkliwszy, niż ten który niebawem nadejdzie ze zmiażdżonych nóg i połamanych żeber. Świadomość, że zostawi go na pastwę tego świata wycisnęła z niej łzy. Świata, który nie jest ani łatwy, ani łagodny. Nie ma w nim sprawiedliwości i szczodrości. Nie na tyle, by otulić jej dziecko poczuciem bezpieczeństwa. By dać mu opiekę.

Zostanie sam.

Żal z faktu, że nie śni koszmarnego snu, wybuchł na jej twarzy płaczem. Gorzkim. Spalającym serce. Jej syn zostanie sam.

Do chóru odgłosów ekip ratunkowych, rozmów, pracujących agregatów i maszyn do cięcia wraków, dołączył jej przerażający jęk.

Najcichszy. Najbardziej wymowny.

Tętniąca obecność urazów zaczynała dawać o sobie znać, niczym języki ognia ślizgające się po stopach palonej na stosie czarownicy. Niebieskie płomyki nieśmiało liżące pięty, jako zapowiedź tego, co nadejdzie, by po chwili, nakarmiwszy się drewnem, wybuchnąć siłą żywiołu, trawiąc i niszcząc życie.

Marta jęknęła głośniej, słysząc dźwięk rozcinanej blachy. Ekipy straży próbowały rozpakować tę puszkę w której została zakleszczona. Po chwili dach auta zniknął, zezwalając gwiazdom na spojrzenie do wnętrza samochodu.

Do wraku podszedł strażak i członek ekipy ratunkowej. Lekarz na widok pokiereszowanego ciała zatrzymał się odruchowo. Był obeznany i oswojony z widokiem ofiar wypadków. Ale to nie to go zatrzymało.

– Boże – odpowiedział i zakrył usta dłonią – Marta.

– Znasz poszkodowaną? – zapytał strażak, świadomie nie nazywając jej kobietą. Była poszkodowaną, czyli przedmiotem, do którego można, a nawet należy, się zdystansować. By rzetelnie próbować uratować jej życie.

Lub, gdy to się nie powiedzie, wyłuskać jej zwłoki i zapakować do worka.

– To Marta Żuk – odpowiedział lekarz, podbiegając do wraku. – Moja przyjaciółka i szefowa chirurgii w szpitalu na Nowosądeckiej. Jezu, Marta – krzyknął do pokiereszowanej kobiety – żyjesz?

Marta żyła. Ale nie reagowała na słowa kolegi. Patrzyła w oczy chłopca uśmiechającego się do niej. Drżała z żalu  widząc oblicze swojego syna. Lekko nalana twarz, wesołe oczy skryte za grubymi okularami i mocno rozciągnięty uśmiech zdradzały, że nie urodził się taki, jak reszta rówieśników. Że uśmiech słany do matki, robiącej zdjęcie, wyraża absolutne szczęście. Najczystsze, najgłębsze. Absolutne. Takie, jakie może wykiełkować wyłącznie w sercu dziecka z zespołem Downa.

Fale bólu zaczynały dochodzić do jej świadomości, dławiąc palący oddech. Jej sześcioletni syn zostanie sam na świecie. Łzy z przepełnionego bólem serca strugą zmoczyły jej policzki.

Obok niej uwijał się lekarz z ekipy ratunkowej. Próbował wbić się pomiędzy pracującą ekipę strażaków, rozcinających belki drzwi.

– Oby lekko – mówił sam do siebie, licząc na niewielkie obrażenia jego przyjaciółki – oby niewielkie, proszę, Boże.

Omiótł snopem światła latarki wnętrze siedzenia kierowcy i zamarł.

Wyłączył latarkę i odsunął się o krok, oddając pole ekipie. Nie mógł wykrztusić słowa. Złość, żal i smutek zawilgotniły mu oczy. Odwrócił się do pozostałej części ekipy, gotowej podejść z noszami, gdy tylko strażacy zakończą pracę. W blasku migających kogutów ujrzeli jego twarz i już wiedzieli.

Lekarz podszedł do nich. Usiadł zrezygnowany na ziemi i schował twarz w dłoniach. Poczuł na ramieniu dotyk.

– Ile to potrwa? – zapytał Andrzej, jeden z członków jego ekipy ratunkowej. Już wiedział, że przyjechali na próżno. Jednego spojrzenia wystarczyło, by to ustalić.

– To Marta – odpowiedział – Marta Żuk.

Zapadła grobowa cisza.

– Kurwa – ten komentarz wymsknął się Grześkowi, który znał Martę jeszcze z czasów, gdy była rezydentką. – To na pewno ona?

– Tak.

– Boże. Tylko nie ona – odpowiedział, nie mogąc tego zaakceptować – tylko nie Marta. Jej syn. Maciek. Boże.

Nikt się nie odezwał. Wszyscy czekali na to, co miało nadejść. Pneumatyczne rozcinaki rozbebeszały auto, bo dostać się do umierającej kobiety.

 

Drgnięcie pojazdu obróciło jej głowę, kradnąc najsłodszy widok sprzed jej oczu. Fala bólu, tamowana falami miłości została zerwana i zmiażdżone ciało dało o sobie znać. Zawyła urywanym krótkim krzykiem.

– Wszystko w porządku – odezwał się uspokajająco strażak – zaraz panią wyciągniemy. Wszystko będzie dobrze.

Nie, pomyślała Marta, nie będzie dobrze. Za chwilę umrę. A mój syn zostanie sam na świecie. Nie ma nikogo. Nikt się nie zaopiekuje. Nie pokocha. Kto, poza matką tak pokocha dziecko z Downem? Boże, zostawiam go. Samego.

Marta nie miała złudzeń. Już pierwszy rzut oka na jej obrażenia, nie pozostawił jej żadnych wątpliwości. I nie dawał nadziei. Obrażenia były śmiertelne. Zbyt wiele razy widziała mniejsze rany, które próbowała cerować i łatać, ratując beznadziejnie uciekające życie. Przeważnie byłą to walka z wiatrakami, przepełniona złością na swoją bezsilność. Wkurwieniem na stwórcę, który zezwalał na takie okropieństwa, pozostawiając ją na końcu z druczkiem aktu zgonu i uczuciem beznadziei. Z nią nie będzie inaczej.

Zostawi syna samego.

Nagle mętniejącym spojrzeniem rozpoznała Andrzeja i Szymona. Czekali obok karetki na to, by wyciągnąć jej zwłoki. Widziała w ich postawie i spojrzeniu, że już wiedzą. Oni nie czekają, by ją uratować. Wiedziała, że za kilka minut Andrzej wejdzie do karetki i otworzy najbardziej znienawidzoną szafkę. Schowek, w którym składowane są puste, gotowe do wypełnienia blankiety z aktów zgonu.

 

– Kurwa mać! – zaklął Andrzej, patrząc na wyciekające z jego przyjaciółki życie. – Kurwa jebana mać!

– Szlag by to! – zawtórował mu Szymon. – Co teraz będzie z Maćkiem? – rzucił pytanie w przestrzeń.

– Maćkiem? – odezwał się Bartek, który dołączył do ich ekipy miesiąc wcześniej.

– Jej syn – wyjaśnił koledze Szymon – ma sześć lat. I lekki stopień zespołu Downa. Świata poza Martą nie widzi.

– Cholera – westchnął nowy – a ojciec? Rodzina?

– Maciuś ma tylko ją.

To jedno zdanie zamknęło dyskusję.

Spojrzeli na wrak. Strażacy zwolnili pracę. Już nie musieli się donikąd spieszyć. Ekipa ratownicza ze zrezygnowaniem wstała i udała się w stronę karetki.

Andrzej odwrócił się. Pożegnał wzrokiem przyjaciółkę.

– Maciuś miał tylko ją.

 

W rogu dziecięcego pokoju, tuż nad biurkiem, żółcił się model samolotu. Maciuś pamiętał, że to model, na którym jakaś pani przeleciała przez coś, co mama nazywała „ocean”. I chociaż Maciuś nie rozumiał tego, co mama do niego mówi, wierzył jej. Maciuś w ogóle mało rozumiał. Ale, gdy mama była w pobliżu, i mógł ją widzieć, przytulać się do niej, czuć jej zapach, to w środku brzucha czuł miękkie ciepło. Bo mama była najlepszym na świecie.

Samolot, tak często mówiła mama, przypomni ci to, kochany synku, że zawsze wrócę do domu. Do ciebie. Maciuś nie lubił, gdy mamy nie było w pobliżu. Gdy nie mógł jej widzieć. Tylko mama robiła miękkie ciepło w jego środku. I Maciuś nie lubił, gdy mama wracała później, niż „właściwa” godzina. Pamiętał o tym, bo miał w pokoju zegar. I wiedział, że mama przyjdzie, bo co tydzień na lodówce wieszała obrazki z zegarem. Każdy na inny dzień. Zegary pokazywały, kiedy mama wróci do niego, bo zegar jej podpowiadał. Z kartki.

Maciusia, gdy mamy nie było, pilnowała ciocia Ania. Chociaż mama nazywała ją „opiekunką”. Maciuś lubił ciocię Anię, ale tylko mama robiła miękkie ciepło w jego brzuszku.

Gdy mama nie wracała o tej, o której kazał je wrócić zegar narysowany na lodówce, Maciuś zaczynał się bać. Nie lubił się bać. Bardzo bał się strachu. Gdy mama nie wracała, chował się pod łóżko i patrzył jednym okiem na żółty samolocik. Mama mówiła, że ten samolocik będzie mu przypominał, że wróci do niego. I znowu poczuje miękkie ciepło. Uśmiechnie się. Przytuli.

Tego wieczora mama nie wracała trochę dłużej, niż czasem. Maciuś bał się już bardzo. Ciocia Ania pocieszała go, że mama na pewno jest już „w drodze”. Ale Maciuś nie rozumiał, co to może znaczyć. Mamy nie było. Strach ścisnął mu brzuch i poczuł, że znowu jest sam. Już bywał sam, ale zawsze mama wracała.

Wsunął się pod łóżko i popatrzył na samolocik. Patrz na niego, mówiła mama, on ci przypomni, że do ciebie wrócę.

Maciuś patrzył na samolocik i się bał. Nagle linka, do której był przyczepiony pękła. Model, na którym jakaś pani przeleciała przez „ocean” runął w dół i roztrzaskał się o podłogę.

– Mamusiu, kiedy przyjedziesz? – zapytał cicho sam siebie.

Odpowiedział mu cisza.

 

Dopisek: Opowiadanie powstało w niecały dzień. Zostało wydane w antologii „Samotność i Strach” nakładem wydawnictwa Dobrota.

 

Leave a comment



Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2021

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.