Dzień za kontuarem - Pisarska Kafejka

Dzień za kontuarem

9 października 2003 roku

Styl zapisu:

Chronologiczny, godzinowy.

 

Bohaterowie:

Ja (25)

Ciotka (~60)

Janusz (~62)

Ewelina (~33)

szef (nieważne)

klienci (a to różnie, ale przeważnie 50+)

 

   Sytuacja:

Ja: obsługuję punkt fotograficzny. Robię wszystko. Otwieram zakład, wywołuję klisze, zdjęcia, robię zdjęcia do dokumentów, segreguję odbitki, obsługuję klientów, przyjmuję zlecenia, pilnuję kasy, pilnuję terminów, rozliczam utarg, rozrabiam chemię do wołarki i laba, wylewam ścieki z maszyn fotograficznych, naprawiam je, programuję cykle wywołań klisz, pracuję w ciemni, dbam o zatowarowanie, wprowadzam na stan magazynowy i „półkowy”, rozwiązuję wszystkie problemy bieżące oraz te, które zaistnieją, zamykam zakład. Oraz wiele innych.

Ciotka: Właścicielka sklepu papierniczego usytuowanego po przeciwległej stronie pomieszczenia.

Janusz: mąż Ciotki. Przebywa sporadycznie w sklepie.

Ewelina: koleżanka z innego punktu fotograficznego. Siostra jednego z szefów.

Szef: jeden z dwóch moich szefów.

 

Miejsce:

Mały zakład fotograficzny, dzielący przestrzeń ze sklepem papierniczym, ulokowanym po przeciwległej stronie pomieszczenia o powierzchni około dwudziestu metrów kwadratowych. Osiedle Nowe Miasto w Rzeszowie.

 

9:57. Otwieram zakładu fotograficznego podwoje. Wynoszę zieloną trzymetrową flagę Fuji z przedsionka do przyzakładowego ogródka o powierzchni pięciu metrów kwadratowych. Do pomieszczenia wchodzi Ciotka i Janusz.

10:05. Włączam maszyny: dwutorową wołarkę (wywołuje klisze fotograficzne), laba (analogowa naświetlarka do fotografii), archaiczny, muzealny komputer i radio.

10:50. Po godzinie lekcyjnej komputer uruchomił się. Napęd dyskietek 3,5 cala brzęczy i wierci.

11:26. Janusz, czytając gazetę, rzuca: „chyba pada deszcz”. Ja rzucam okiem za szybę. Ma rację, rzeczywiście pada…

11:27. Ciotka miesza herbatę. Słychać głośne, rytmiczne pobrzękiwanie cynowanej łyżeczki o cienką szklankę, umocowaną w ażurowym, metalowym koszyczku.

11:28. Czekam na czarno-białe zdjęcia legitymacyjne, które mają mi dowieźć z Kodaka przy ulicy Rejtana.

11:30. Ciotka klnie na robotników zza okna, że „wywalają tu śmieci”. Patrzę. Faktycznie. Wywalają śmieci za chodnikiem, na terenie budowy szeregówki. Prosto do kontenera na śmieci.

11.35. Klientka do zdjęcia dowodowego. Muszę iść się nią zająć.

11:38. Klientka zdejmuje kurtkę…

11:42. Muszę wywietrzyć zakład. Gdy zdjęła kurtkę, buchnął podpachowy cuch, który kwaśnym oparem wycisnął z moich oczu gorzkie łzy.

11:45. Jesienny zefirek zagląda do zakładu, wywiewając trujące wyziewy Mordoru. Ciotka narzeka na rząd i konieczność wyrabiania dowodów osobistych. No i ogólną kondycję państwa.

11:50. Ciotka narzeka na finanse publiczne, a ja zakładam do laba kasetę z papierem kolorowym 12,7.

11:51. Słyszę, że zza gazety Janusz się boi, iż Polska pójdzie śladem Grecji. Mamy dopiero 2003 rok. Czy Janusz okaże się prorokiem? Czas pokaże…

11:52. Za chwilę muszę zadzwonić do Kodaka. Ciągle czekam na zdjęcia, które mają mi przywieźć.

11:53. Przed chwilą dzwoniłem do Kodaka. Ewelina każe „ucałować moje dziewczynki”. Nic nie wiem o zaginionych zdjęciach, które z Kodaka miano mi dostarczyć. Miały już tu być, normalnie.

11:53. Stwierdzam, że jest zimno i źle mi klikać w klawiaturę. Ciotka narzeka na Leclerc`a, który „wykańcza polskie biznesy”.

11:56. Puszczam na labie film ze zdjęciami legitymacyjnymi. Ciotka narzeka na ZUS. Dużo biorą. Mało dają. Pałace budują.

11:57. Przez te ciotkowe marudzenia mam pustostan umysłowy pełen pustki. Zauważam, że do zakładu wleciał motylek. Jest śliczny. Prawdziwy cud natury.

11:58. Siedzę…

11:59. Patrzę, jak kursor miga… miga. Miga. To prawie hipnotyzuje…

12:00. Stwierdzam, że to nie był motyl, tylko zwykły komar. W radiu wiadomości. Ciotka marudzi o jakimś „zatykaniu mózgu”.

12:01. Ciotka narzeka, bo chcą obciąć wydatki publiczne.

12:02. Puszczam poprawki zdjęć legitymacyjnych, bo są syfiaste. Twarze czerwone, jak u alkoholika, którego wyjęto z lodu. Kursor na ekranie dalej miga i miga. Hipnozo przybywaj.

12:03. Myślę…

12:05. Właśnie się dowiedziałem, że Bogdan (syn Ciotki) zabrał do pracy kurtkę Janusza, a zostawił swoją. Ciotka poszła na fajkę i nakarmić gołębie, które zlatują się do tylnego wejścia zakładu (od strony zaplecza). Jest cisza. Cisza… tak smakuje cisza. Chwilowo. Słyszę szum. Te maszyny naprawdę szumią. W radiu grają kawałek James`a Brown`a „Sex bomb”.

12:14. Weszła klientka. Miała starą kurtkę skórzaną, intensywnie pachnącą środkiem do konserwacji. Nie pamiętam, jak się ten środek nazywał… jakaś-cośtam-lina. Muszę zapytać Janusza, bo zapach mi się kojarzy. Ciotka wróciła z fajki i narzeka na uprzywilejowaną grupę zwolnioną od podatków. Podgłasza radio, żeby wszyscy słyszeli. Tak. Słyszymy to wyraźnie.

12:26. Skończyłem wycinać główki (zdjęcia legitymacyjne). Ciotka narzeka na zły los taksówkarzy.

12:28. Ciotka nadal narzeka… muszę zrobić film, to znaczy wywołać. Wrzucić do wołarki. Na blacie siedzi śliczny motylek…

12:31. Przyszła klientka do zdjęcia do dowodu. Usiadła tak pokracznie, że musiałem interweniować. Ustawiłem jej głowę, ale po dotknięciu jej włosów muszę umyć ręce, bo są tłuste.

12:39. Motylek zszedł na podłogę, bo to był pająk… Ciotka nie narzeka. Jest u niej klientka. Za oknem pada jesienny, ciepły deszcz.

12:40. Ciotka narzeka. W sklepie nie ma nikogo.  Powoli zaczynam tracić siły. Przytakuje machinalnie: „tak, tak… racja. No pewnie. Tak, tak, racja, No pewnie. Racja, tak, tak…”.

12:43. Od 11:15 jestem głodny. Pora pomyśleć o polowaniu i zdobyciu pożywienia.

12:46. W pustym zakładzie odbywają się pasjonujące i żywiołowe dyskusje o podatku VAT i kasach fiskalnych. Janusz potwierdza wersję ciotki a Ciotka wersję Janusza.

12:50. Klisza z małym dzidziusiem właśnie ląduje w „prowadnicy” labu. Od wypisu ze szpitala do klatki nr E (ostatniej) wszystkie zdjęcia za blisko. To dziecko chyba oślepło od tego błyskania.

12:51. Żarty żartami, ale stwierdzam, że poważnie muszę pomyśleć o zdobyciu pożywienia.

12:53. Janusz opowiada o czasach, gdy był taksówkarzem. Ależ to były czasy prosperity. Ciotka poszła na fajkę. Lubię tego gościa. Jak dotąd dzień, jak każdy inny.

12:56. Ciotka klnie na Balcerowicza. „Złodzieje, wszyscy to złodzieje” (…) „A ci siedzą dalej i piniądze biorą.”

12:58. Głód pierwotny skręca kiszki, a trzewia surmy grają. JEŚĆ!!!

12:59. Za minutę będzie pierwsza…, obok monitora mam przyklejone dwie „bardzo ważne, tajne” kartki. Co na nich napisane – zachowam w tajemnicy.

13:00. Cieszę się…, to pisanie zajmuje mi czas na czymś w miarę produktywnym.

13:01. Cholera! Ten lab stale ma czkawkę. Ciągle coś się zacina i blokuje. Tym razem papier: „ Wait for paper loading”.

13:02. Walczę, ale czkawka przeistacza się w zacięcie: „Interface paper jamming”.

13:03. Walczę unurzany po łokcie, ale nadal lab krzyczy: „Interface paper jamming”. Szlag!

13:06. Uff… Poszło. Przez to zamieszanie zapomniałem o kluczowej kwestii: muszę zdobyć coś do jedzenia.

13:07. Ciotka wypluwa w moim kierunku całe kawalkady zdań i epitetów na wszystkie tematy. Przytakuję. Kiwam głową, obniżając wiarygodnie kąciki ust. Nie słucham ani na jotę. Więc nie mogę tu tych mądrości przytoczyć, co nie?

13:10. Czasem nawet król musi… Wróciłem z kibla. Najlepsze pomysły przychodzą, jak człowiek siedzi na…  hmmm. Jak człowiek siedzi. Wpadłem więc na kolejny pomysł.

13:12. Ciotka narzeka na złą jesień.  Że brzydko jest. I że nie było jeszcze złotej jesieni. A! Ten mój pomysł…, zaraz do niego powrócę.

13:15. Udaję się na zaplecze celem wykonania telefonu do żoneczki. Tęsknota nie pozwala mi dłużej czekać. Poza tym, muszę przecież, do jasnej cholery, podładować akumulatory. Za przeproszeniem, oczywiście.

13:21. No! Jestem gotów na dalsze zmagania. Byk! Taran! Bizon! Hefajstos! Taki telefon dodaje mi niesamowitego kopa. Ciotka narzeka na liście, ale mam to gdzieś!

13:22. Ciotka narzeka, że nie może wyjechać do Ameryki. Słucham soundtracku ze Shreka. Fajnie.

Za oknami mej pustelni nikt już dziś nie chodzi, wysuszone twarze przypadkowych przechodniów przesycone są beznadziejnością. Patrzą w dal niewidzącym wzrokiem. Ziewają, łapiąc wiatr w gardło. Chodnik jest taki brudny. Przylepia się do butów i losu przechodniów, którzy go kalają.

13:28. A co to, do cholery, niby miało być? Wirus filozofów mnie dopadł?

13.33. Fajnie to wygląda. Godzina, znaczy. Jedynka i trzy trójki. Pomyślałem sobie, że symbiont z mojej powieści nie powinien być żadnym urządzeniem mechanicznym i powinien być kimś w rodzaju pasożyta (mała dygresja – chcę napisać powieść). Wracam do zdjęć. No ładne, ładne. A swoją drogą, jaka jest frajda w fotografowaniu siebie przy grobach innych ludzi? Choćby to był nawet Einstein… Też mi pamiątka… Głupota.

13:40. Wiem! Eureka! Naftalina! To był ten  środek do konserwacji ubrań. Ten zapach od klientki. Przypomina mi zapach izby u znajomego nauczyciela gry na saksofonie. Przyszedłem do niego do domu, do pomieszczenia w starej chałupie. Izba nie była ogrzewana i nawet w lecie było tam potwornie zimno. Cały pokój wypełniał ten zapach, był niesamowicie intensywny. Aż w nosie wierciło. Pod ścianą, w ciemnym kącie, stała starodawna szafa. Z  niej nauczyciel wyciągnął jedną z najcudowniejszych rzeczy, jakie do tamtej pory widziałem. Położył mały futerał na starym łóżku. Zadziwiał mnie fakt, że łóżko było przykryte warstwą prawie metrowej grubości pościeli. Ile tam było pierzyn? Nie wiem…, wszystko było przesycone tym zapachem. Czułem się, jakbym przeniósł się na początek wieku. W tym pomieszczeniu zatrzymał się czas.

Ale wracając… Futerał był zadbany i krył w sobie niesamowity skarb. Nauczyciel otworzył go i moim oczom ukazał się złoto-srebrny saksofon sopranowy. Prosto spod igły. Kolekcjonerski antyk w idealnym stanie. Na lakierowanej złotej blasze igrały blaski i refleksy. Instrument idealny. Wypieszczony, czyściutki, lśniący i bez najmniejszych śladów zużycia. Cudo. Ale najlepsze miało dopiero nastąpić, bo on normalnie wyjął go z futerału. Poczułem się, jakbym był świadkiem świętokradztwa. A ten po prostu chwycił instrument, złożył obie części i zaczął grać. Chociaż słowo „grać” jest puste, nieadekwatne i uproszczone tak, jak tylko można. To tak, jakby twierdzić, że disco polo jest wyrafinowaną muzyką. E, co ja gadam? Wróćmy do tego, co zagrał mój nauczyciel. To było… wspaniałe. Nieziemskie. Wiem, naiwność. Wtedy jeszcze byłem zaślepiony. Byłem idealistą. Za przeproszeniem, oczywiście.

13:55. Ciotka narzeka na ceny. Pobudka! Powrót do rzeczywistości. Chyba widziałem za oknem motyla.

13:59. Za minutę wybije „czternasta godzina dnia”. Muszę uważać na te motyle. Stwierdzam, że średnia wieku klientów „główek” to jakieś 55 lat. 95 % zdjęcia do dowodu. Czy to ma jakieś znaczenie? Pewnie nie.

14:01. Ciotka narzeka, Janusza nie ma. Fajnie mu…

14:05. Zastanawia mnie jeden fakt. Pomysł spisywania dnia pojawił się u mnie około jedenastej dwadzieścia, a do tego czasu nic nie zastało zapisane. Czy to uzupełnić? Czy zostawić? Pewnie wcześniej coś się wydarzyło. Pamięć mam dobrą, więc sobie przypomnę. I postaram się zapisać te retrospekcje. Zresztą – ten, kto wytrwał do tej pory, na pewno ma to gdzieś.

14:07. Proces przypominania: Interface Memory ERROR. Fak.

14:09. Pizza. Od święta. Ostatnio poczęstowałem kupioną za moją krwawicę pizzą Ciotkę i Janusza. Ile się później nasłuchałem, to moje. Że boli ją brzuch po tej pizzy.  Że nie może się załatwić. Pragmatyczny ze mnie człek. Raz w pysk jak dostanę, to później się uchylam. Przytłoczony poczuciem winy ciotkowych niestrawności i zatwardzeń, długo nie mogłem się pozbierać. Po żmudnych przemyśleniach, mój umysł zaproponował konsensus. Postanowiłem, że powinienem zadbać o stan zdrowia Ciotki i nie częstować jej więcej.

14:10. Ciotka ma mi za złe, że nic nie powiedziałem, bo ona też by sobie zamówiła. O, losie słodki. Miej litość.

14:11. Smacznego! Pragnę dodać, że pizzę zamówiłem w celach poglądowych. Potrzeba dzisiejszego dnia. Idę jeść. Spożywać. Delektować się na zagraconym, syfiastym zapleczu pełnym bałaganu.

14:21. Cytując klasyka: było smaczne.

14:26. Za robotę czas się zabrać.

14:27. Wpadła mi do głowy kolejna myśl: gdy moja żonka to przeczyta, może pomyśleć, że w ogóle nie myślę w trakcie dnia o niej i córeczce. O zgrozo! Aż mi ciarki włosy na przedramionach wyprostowały. Nie opisuję tu moich myśli o rodzinie, bo musiałbym pisać tylko o tym. A poza tym, to nie miejsce na to.

14:28. Ech… Filozofia nie jest dobra. Słyszałem, że jej nadmiar powoduje zatwardzenia.

14:33. Nie wiem, do jakiego czasu będę mógł pisać, bo zaraz ma przyjechać szef i przyjść dzielnicowy (pijaczki z lokalu obok za dużo sobie pozwalają). Skończę, jak trzeba będzie. Ale będę się starał pisać. Jak najdłużej. Do ostatniego kliknięcia. Do samego końca. Mojego, lub jej. Klawiatury, znaczy.

14:40. Wpadła Ewelina. Jak tornado szalejące po ranczach Texasu. Pełno śmiechu i radości. Super! Przyniosła dla mnie zlecenie, które mam zrobić. Teraz słyszę, że sika.

14:51. Przez chwilę była Ewelina. Akurat wtedy przyszedł szef. Wzięła zlecenie do Kodaka w Biedronce a szef zlecenie do Reduty (jeszcze inny punkt fotograficzny). Miał mi zostawić zlecenie na zdjęcia czarno-białe z Reduty, ale zapomniał i dopiero po nie pojechał. Ewelina twierdzi, że Lesław twierdzi (inny kolega z Kodaka), że ona jest wiecznie na niego zła. Ona z kolei uważa że jest „very dobra” a on jest dobry. Eee…, pogubiłem się w tym.

14:55. Ewelina wyszła. Ale wróciła. Szef wyszedł. Pojechał po zlecenie do Reduty na zdjęcia czarno-białe. Nie wiem, jak zrobię te zdjęcia, bo nie mam tego papieru. Podobno przedstawiciele dowiozą.

14:57. Szef-wrócił-po-zlecenie-ciotka-narzeka-Ewelina-pyta-o-mój-urlop-szef-wychodzi-ja-puszczam-film-szef-dzwoni-wychodzę-na-przystanek-dać-szefowi-negatyw-testowy-wracam-piszę-lab-piszczy-wołarka-wylewa-ścieki-klienci-łażą-ciotka-narzekaaaaaaAAAAAA DOŚĆ!

15:01. Jeszcze trzy godziny i fajrant. Wpadło mi do głowy coś niepokojącego: mam spieprzony napęd dyskietek. Czy będę w stanie w ogóle nagrać te gargamoły?

15:05. Ciotka: „Ale panie Pawle, Ewelina to chyba się jakoś na świeżo zakochała, bo zaczyna się coraz lepiej ubierać. Naprawdę (znaczącekiwaniegłową.gif). Ja nic nie chciałam mówić, ale teraz promienieje jakąś radością. Aż miło patrzeć… Słyszałeś, Janusz co mówią (w radiu)? – zwraca się nagle do męża. – Ich chyba do końca popieprzyło. No jak tak można?”

15:06. Życie.

15:12. Wyczekiwanie przepełnia minuty. Czekam na zlecenia zdjęć czarno-białych z Reduty (inny punkt fotograficzny, przypominam). Czekam na papier czarno-biały z Fotohurtu (hurtownia foto). Czekam na poprawki zbyt czerwonych zdjęć z laba. Czekam na fajrant. Czekam na 15.15.

15:15. Doczekałem się…, yey.

15:16. Ciotka narzeka na brak klientów. Na moje oblicze wylewa się tępy wzrok debila a me czoło błyszczy gładkością idioty nieskażonego pomyślunkiem. To mój własny wzrok i moje oblicze. Wpadam w trans. Odlatuję. Procesor się przegrzał. Ślepię przez szybę na zewnątrz i kiwam się na stołku. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Przód – tył, przód – tył… Nie wiem, ile to trwa, bo znajduję się w nie-czasie. Kod źródłowy tej rzeczywistości powoli przesącza się do moich dendrytów, przemycając odpowiedź o naturę rzeczy. Moja Jaźń zmaga się z największymi pytaniami egzystencji. Czy pytajnik wie, jaka jest odpowiedź zdania, które przed nim stoi? Czy wykrzyknikowi smutno, że na wszystkich wrzeszczy? Zastanawiam się, czy ten żywopłot za oknem, który posadziłem pół roku temu przyjmie się w tej upstrzonej glutami, petami i stęchłymi zlewkami piwnymi glebie? Zapisuję różne pierdułkowate rzeczy tutaj i zastanawiam się, ile z tego jest prawdą, a ile wytworem mojej fantazji? Może to tylko złudzenia? Czy ty też żyjesz w złudzeniu? W nie-życiu? Zastanawiałeś się kiedyś? A może to nie-ty zadajesz to pytanie?

15:21. Przyjąłem zlecenie od klienta, który wyglądał, jak kurczak (nie obrażając).

– Na jakie nazwisko zlecenie?

– Kogut.

– Aha.

15:30. Zepsuł mi się obcinak klisz w wołarce. Nóż trafił szlag. Muszę coś uczynić w tej materii. Coś błyskotliwego i spektakularnego.

15:39. Założyłem nowy nóż. Ten nowy nóż to „kawałek starego noża”. Nowych nie ma. Może złożę zamówienie? Jest październik, więc byłyby w lipcu. Przez mgłę słyszę, jak Ciotka narzeka na policję. Robi się coraz ciemniej. Nie tylko za oknem. Za chwilę muszę zadzwonić do mojej żonki po kolejną dawkę sił. Ten moment się już zbliża…, nie mogę się doczekać, by usłyszeć ten słodki głos, mówiący do mnie: co u ciebie? No i co mam jej powiedzieć? Że jak u mnie? Zajebiście wprost! Z dnia na dzień lepiej.

15:43. Ciotka twierdzi, że zawieje śnieżne są piękne (sic!). Janusz czyta gazetę i nie reaguje na otoczenie. Już od dwóch godzin nie reaguje. Ale żyje. Widzę, że oddycha.

15:49. Ponieważ Ciotka poszła na fajkę i jej nie ma, Janusz musiał wyrwać się z transu ZEN. Zbierając świadomość docierających obrazów, rysowanych na siatkówce jego świadomości przez frywolne fotony, wstał obsłużyć klientkę. Wysoka była. Tak wysoka, że musiał  zadrzeć głowę do góry, żeby zobaczyć jej buty.

15:51. Właśnie wywołałem 8 odbitek. A z tymi butami to mi chodziło o kapelusz. Kapelusz miała wysoko, bo wysoka była. Ta kobieta, znaczy.

15:55. Nadal czekam na zlecenia i papier czarno-biały. Muszę poszukać dobrych kilku dyskietek, bo na pewno nie zapamiętam tego mazgrania.

16:00. Radio oficjalnie podało: pik,pik,pik,piiiik…, taraaatataataraataa, wybiła godzina szesnasta. Ciotka dyskutuje z klientką o kserowaniu. Fascynujące to jest. Kserowanie, oczywiście, nie ich rozmowa na ten temat. A może mam za małe horyzonty i nie czaję bazy? Obie twierdzą, że jest paskudnie zimno.

16:07.  Mam dwie dobre dyskietki. Muszę się zabezpieczyć trzecią. A tak na marginesie, czujesz, jak to brzmi: zabezpieczać się dyskietką…, ale jaja. Na kursach przedmałżeńskich mogą dodać nowy rozdział o tym, jak unikać…

16:11. Ciotka wymienia mi osoby i grupy polityczno-społeczne, którym „się całkowicie przechyliło”. To trochę potrwa.

16:16. Papierosek wypalany przy tylnym wejściu do zakładu. Rezyduję sam na sklepie. Z racji „niezmierzonej ilości” klientów, idę zadzwonić do żonki.

16:21. Cholera! Głupia baba przerwała mi rozmowę z żoneczką. „Chciałam wywołać film…” SPADAJ! A masz na jutro na szesnastą! I wynocha! A ty, Ciotka, nie narzekaj, bo rzucę w ciebie butem, którym wdepnąłem w psie gówno!

16:27. Przedstawiciel z hurtowni foto przywiózł papier czarno-biały. Nareszcie. Z kasy ubyło 307 zł. Wpadła mi do głowy pewna myśl. Jaka?

16:29. Czytam te literki i nagle uderza mnie pewna rzecz. I to nie jest motylek, czy but. Nie jest to również żadna z wielu celnych i cennych uwag Ciotki na tematy wszelkie, wszystkie i wszelakie.

16:30. Ciotka narzeka na stan służby zdrowia.

16:39. Ech!

16:47.

– Po ile są zdjęcia legitymacyjne? – pyta klient patrząc na naklejkę na blacie z podaną ceną.

– Po 14.90 – czy oni nie potrafią czytać?

– A ile ich jest? – patrzę na naklejkę po raz tysięczny: 6 sztuk po 14.90. Jak byk tam stoi.

– Sześć sztuk – odpowiadam, niczym Sokrates.

– Nie można dwóch? – to pytanie pada za każdym razem.

– Można, ale cena pozostaje bez zmian.

– Ale ja potrzebuję dwa tylko…

– Jest sześć, bo tyle wychodzi z maszyny. Ale niepotrzebne może pan wyrzucić do kosza.

– No dobra – klient złożył broń. – A na kiedy będą?

– Dziś jest czwartek, więc na sobotę na trzynastą w normalnym terminie…

– Na sobotę?! – szok, niedowierzanie.

– W normalnym terminie – emanuję wręcz stoickim spokojem.

– Za ile?

– 14.90.

– A nie można szybciej?

– Można na jutro za 19.90 – wiem, jakie pytanie teraz padnie.

– A czego tak drogo? – po raz kolejny klient mnie nie zawiódł.

– To cena za ekspres.

– A na sobotę za ile by było?

– …

16:55. Ciotka narzeka, że nic nie robię, siedzę tylko i prawie mnie nie widać i ciągle gram na komputerze (gram na komputerze – czaisz? Na komputerze, który dodając dwa do dwóch wydziela procesorowego bąka). Teraz narzeka, że u mnie jest ciemno, bo nad ladą spaliła się żarówka i wysiadła lampa. Ogólnie ciemno jest. Nie kontrapunktuję, że mrok nie jest przyczyną spalonej żarówki. To po prostu brak światła. Brak światła… Patrzę na nią tępym obliczem. A ona? Kończy komentarzem, że nie chce mi się nawet okularów podnieść, tylko gram i gram. Fajnie…

16:59. Za minutkę wybije piąta.

17:00. Na falach radiowych wysłanych z centrum miar i wag przyszedł sygnał: pik, pik, pik, piiiik…, piąta. Wiadomości.

17:09. Ciotka i Radio Maryja. Boże…

17:10. Szybkie zlecenie 13×18. Na poczekaniu. Więc wszyscy czekają. Klientka na zdjęcia, Ciotka na klientów, Janusz na osiemnastą, ja na zlecenie z Reduty…

17:15. Ponieważ nareszcie mam już papier czarno-biały, chyba zacznę robić to zaległe zlecenie. A może jutro? Ciotka narzeka, że „kogoś wykończą”.

17:16. Idę się napić. Spoko, spoko. Wody.

17:17. Siorbię na zapleczu życiodajny płyn i dostrzegam, że jest straszny bałagan. Dlaczego ja tego nie zauważyłem wcześniej? Gdzie patrzyłem przez ostatnie cztery lata? Zauważyłem…, żartuję 🙂

17:18. Wyobraziłem sobie całkowicie absurdalną myśl. Zupełnie niemożliwą. Nierzeczywistą: zrobienie porządku na zapleczu. Ale chyba nie znajdzie się żaden bohater, który by temu podołał. No, może poza operatorem dźwigu z pieruńsko-wielką kulą wyburzeniową? To byłby jakiś obiecujący początek. Nawet gdyby pojawił się tu Herakles, to by nie podołał. Tylko by pocmokał, pocmokał i powiedział, że dziś to on się czuje słaby. Następnie wyszedłby do baru obok. Widzę oczami wyobraźni, jak siedzi teraz w barze i chyba przechodzi jakiś kryzys. Szkoda, fajny to chłop był. Pisali o nim książki… Ten Herakles, znaczy.

17:32. Dziękuję za uwagę. Przygotowuję się do przeprowadzenia czynności mających na celu przygotowania do zamknięcia zakładu. Dzień dobiega końca. Nic się już tu nie wydarzy.

17:35. A jednak.

17:38. Ciotka narzeka na mały ruch…

18:00. Chowam flagę Fuji do przedsionka i zamykam zakład.

18:05. Pędzę na skrzydłach do Rodzinki. Jutro przeżyję to na nowo, ale zupełnie inaczej.

 

Dopisek: Chociaż pewnie trudno w to uwierzyć, to opowiadanie jest oparte na faktach. W tak dużym zakresie, że aż sam nie mogę po latach w to uwierzyć. Oczywiście, imiona zostały zmienione. Cała reszta z tego dnia (w podobnym wymiarze) wydarzała się przez parę lat, dzień w dzień. 

Tak, jestem zdrowy psychicznie.

 

dzien-za-kontuarem

 

Leave a comment



Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2020

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.