Wcale a wcale nie chce mi się pisać,
Ale skoro już zacząłem to trzeba coś urodzić.
Nie ma się co nad sobą użalać –
I trzeba się z tym pogodzić!
W końcu ta historia nie jest taka długa,
Jak by się zdawało od jej rozpoczęcia.
Ale w tym wypadku i w tej sytuacji –
Dostałem wzdęcia…
Z zawzięcia.
Wspaniale by było, gdyby z zawziętości
Mógł się człowiek wyzbyć gorzkiej naiwności.
Na sięgnięcie ręki gwiazd cała gromada
Oddalona w nicość mych grzechów parada – odejdzie.
Na szczycie tej wieży, w tym strasznym zamczysku
Uwięziona od wieków śpi piękna królewna.
Śpiąc czeka na księcia, co ją wyswobodzi,
Lecz on nie przybędzie – i to jest rzecz pewna.
Nie można uciec od siebie, ni twarz swą zapomnieć.
Nieśmiertelność dla wybranych dana jest od bogów.
Linie przeznaczenia dawno nakreślone –
Tak głupich, jak i mądrych, prostaków i królów.
Od poczęcia los ludzki krwią jest zapaćkany,
Los pieprzony odwiecznie za gardło nas ściska.
Świadomość istnienia wyryta na skale
Lecz świadomy tego człowiek nic z tego nie zyska.
Ni piesek, ni kotek nie wie, co jest grane –
Bo ich życie również krwią jest zapaćkane –
Pojebane.
Czy w Miłości ma zguba, czy me wybawienie?
Zaiste nurtujące jest to mnie pytanie.
Ale znając siebie, to z całą pewnością
Pytanie, jak to pytanie – pytaniem zostanie.
Kto wie, co jest grane niech powie mi zaraz;
Jak się je rzodkiewki: osobno czy naraz?
I kto z tutaj obecnych odpowie dokładnie;
Lepiej, jak się zapracuje, czy jak się ukradnie?
Historia ta krótką być miała i wedle obietnicy;
Z kostnicy ukradziono ciało robotnicy.
Kończąc tę opowieść stwierdzam teraz szczerze:
Prezydent Mongolii swych krawatów nie pierze!

Piszę od czasu do czasu. Ale tylko, gdy czas pozwoli. A tak się składa, że Ojciec Czas nie patrzy na mnie łaskawie. Część ze starych i nowych zeszytów postanowiłem przenieść na strony Pisarskiej Kafejki. Pamiętaj: czytasz na własną odpowiedzialność 🙂