Wyzwolona (18+) - Pisarska Kafejka

Wyzwolona (18+)

Zauważyłem ją od razu, gdy tylko zajęliśmy miejsce na placu.

Stała do mnie odwrócona. Linię jej prostych pleców przysłaniały kaskady kręconych rudych włosów. Niczym wodospady ognia. Rozpalone popołudniowym słońcem loki falowały w rytm muskających jej ciało podmuchów wiatru.

Pobrudzona sukienka nosiła ślady brutalności. Jedno urwane ramiączko muskało jej łopatkę. Fascynowała mnie linia jej pleców, która pod wpływem tego, co z nią robiono, wyginała się, jakby chcąc uciec przed cierpieniem.

Poruszała się i falowała, niczym nimfa w zmysłowym tańcu. Tańcu zwiastującym nieuniknione.

W drugim odruchu, całkowicie automatycznie, spojrzałem na spływające strużki krwi, malujące jej przedramiona karminowym tatuażem. Dziewczyna nie krzyczała. Knebel w jej ustach zezwalał jedynie na głuche jęki i wyciskające łzy stłumione spazmy. Ręce, aż po barki, szpecił efekt pracy sumiennego oprawcy. Pocieszała mnie myśl, że jej ramiona, uwiązane silnym powrozem, podniesione wysoko, aż do granicy nieheblowanej belki, już dawno straciły czucie i dziewczyna nie odczuwa gehenny. Dopingowałem jej. Jeszcze dzień lub dwa, nie więcej. I ten koszmar się zakończy.

Piękno nie zawsze pomaga. Piękno ma to do siebie, że przyciąga uwagę. Zjawiskowa kobieta, która odmawia, musi liczyć się z konsekwencjami. Na wojnie, w starciu z okupantem, to piękne dziewczęta zazdroszczą brzydulom. Sprawiedliwość dziejowa.

Nie podobało mi się, że wychłostali jej nogi i pośladki. Jakby żadne granice nie istniały. Jakby nie było żadnej świętości kobiecego ciała, intymności, godności. Mało: poczułem się autentycznie zbulwersowany. Może nie tak, jak tym, że przez ostatnie kilkanaście godzin dwudziestu żołdaków gwałciło tę dziewczynę w najbardziej plugawy sposób, jaki może zrodzić się w umysłach demonów. Na oczach wszystkich. W środku obozu. A przywieźli ją zaledwie przedwczoraj.

Czy zareagowałem?

Oczywiście, że nie.

Nie powiedziałem nic.

Pręgi na jej ciele krwawiły żywym bólem. Taką samą ilość razów pokaleczono moje serce. Czerwonowłosa była taka piękna. Mogła mieć najwyżej szesnaście lat. Mógłbym nawet oddać jej moją rację polewki. Bez wahania.

Widziałem to, czego ona jeszcze nie potrafiła dostrzec, oślepiona iluzją głupiej nadziei. Całe życie już nie przed nią.

Nasz dwuszereg stał w miarę równo. Na tyle, żeby nie drażnić kapo. Po dwunastu godzinach bez jedzenia i picia na nogach, nie mogliśmy utrzymać idealnego szyku. Ale staliśmy równo. Bo upadek lub mocniejsze zachwianie byłoby wydaniem na siebie wyroku.

Nawet nie przeszkadzało mi błoto wlewające się do moich chodaków, które nosiłem po innym współwięźniu. Za ciasne. Ale w zaistniałych okolicznościach nie miałem powodów do narzekania. W obozie i tak uchodziłem za bogacza. Miałem na nogach chodaki.

Podniosłem wzrok, nurzający się w czarnym błocie. Spojrzałem na anioła w więzach. Uświadomiłem sobie prawdziwość tej sytuacji. Jej beznadziejną oczywistość. Inni również zdawali sobie z tego sprawę.

Przed nami krwawiła dziewczyna. Związana. Zakneblowana. Po maratonie gwałtów. Prawie trup. Jeszcze żywa.

Chciałem, żeby jakoś się uratowała.

To było moje Wielkie Pragnienie.

Dlaczego? Wytłumaczenie było bardzo proste.

Ponieważ czułem, że gdzieś tam, we wnętrzu, rozbłysnął promyk krótkiego światła. Dziewczyna. Piękność o ognistych lokach, przypomniała mi, że gdzieś tam na świecie jest jeszcze piękno. Że świat nie pogrążył się w bezkresnej połaci przedsionka piekła.

Ten podarowany przez nią drobny promyczek piękna sprawił, że kochałem tę umęczoną dziewczynę.

Dlatego chciałem, by przeżyła.

Ale wiedziałem, że ona i tak umrze.

Być może za wiele dni. Po przeżyciu czegoś, co sprawi, że piekło wyda się jej odpoczynkiem w sadzie śliw, pełnym bzyczących pszczół. Widziałem to wcześniej. Gdy kapo skończą z nią, nie będzie przypominać człowieka.

Dlatego muszę to zrobić.

Dziś w nocy.

Muszę ją uwolnić.

 

Prawie nas nie pilnują. Strażników jest tylko garstka. Gdybyśmy zdobyli się na ostatnią wolę walki i podnieśli bunt, bez większych strat pokonalibyśmy opór naszych oprawców. Ale wiem, że to się nie uda. Wszyscy to wiedzą. Bo poza drutem kolczastym nie ma dla nas świata. Dla nas jest kolaska i ostatnia podróż do dołu wysypanego wapnem, gdzie z setkami współtowarzyszy niedoli czekać będziemy dnia Sądu Ostatecznego. Nie chodzi nawet o to, że nie wierzymy, że mogłoby się udać. Nam nawet w głowie taka myśl nie postanie.

 

Nocą patroli jest niewiele. Na terenie obozu przeważnie panuje spokój. Wszyscy śpią, umęczeni morderczym dniem. Nocą obóz przypomina cmentarz. Ta analogia jest całkowicie trafna. Tylko, że tutaj trupy jeszcze oddychają.

Godzina przed brzaskiem będzie w sam raz na moją wyzwoleńczą akcję. Nie mogę pozwolić, by dziewczyna cierpiała. Muszę podjąć próbę, choćby nie wiem, jak desperacką, by ją uratować. Wiem, jakie będą konsekwencje, gdy mnie złapią. Ale, na Boga, jeżeli pozostała we mnie ostatnia cząstka człowieczeństwa, muszę to zrobić.

Nie spałem czekając, aż nastanie właściwa pora. Gdy zdało mi się, że już czas, wstałem i cicho wyszedłem w ciemną noc obozu.

Zbliżyłem się do miejsca kaźni powoli, chowając się w całkowitym mroku.

Dziewczyna jęczała przywiązana do nieoheblowanej belki. Tak, jak przez cały dzisiejszy dzień. Nikt nie zdjął jej więzów. Nie dał wypocząć wyłamanym w barkach rękom. Tym razem zauważyłem, że została całkowicie pozbawiona resztek godności. Była całkowicie naga i brudna. Stopy oparte bezwładnie nie podtrzymywały ciężaru ciała. Spod knebla wydobywało się rzeżące charczenie. Wisiała bezwładnie na ramionach ubroczonych krwią. Nie miała siły stać na nogach. Opadła głowa zatonęła w burzy włosów. W ciemności zatraciły swój magiczny blask.

Podszedłem powoli. Od tyłu. Nie chciałem, by zaalarmowała strażników. Moje nozdrza uderzył ostry rozkład i fetor ekskrementów, w których unurzała stopy. Ominąłem ją bez dotykania i stanąłem przed nią. Minęła minuta. W tym czasie, nawet w mroku, wyraźnie dostrzegłem rany na policzkach, zadane pięścią i harapem. Całe ramiona były ubroczone czarnymi smugami posoki. Piersi pokaleczone i sine. Spojrzałem w górę. Na tle nieba zarysowały się poskręcane w nienaturalny sposób palce. Każdy sterczał w inną stronę. Podszedłem krok bliżej. Tak, by wyczuła moją resztkę ciepła. Wyraźnie słyszałem, że dziewczyna żyje. Ledwo. Ale bez wątpienia tliło się w niej to, co widocznie zgasnąć nie chce.

Nagle dziewczyna zatrzepotała powieką i podniosła powoli głowę. Lewy oczodół, pokryty sińcem i opuchlizną przysłaniał oko. Szukała mnie w mroku.

Sięgnąłem do tyłu, za jej głowę.

– Tylko cicho – szepnąłem. – Zaraz zdejmę ci knebel.

Nie wiem dlaczego to powiedziałem. I dlaczego zdecydowałem się to zrobić. Może po prostu chciałem poznać jej imię, nim ją uwolnię? Chciałem przez resztkę życia, jaka mi została, pamiętać jej miano.

Powoli, delikatnie, by sprzączki nie zagrzechotały metalicznie, odpiąłem pasek i wyjąłem knebel. Z jej ust wylały się strumienie śluzu, krwi i wymiocin. Wzdrygnąłem się, ale od razu, zawstydzony swoim zachowaniem, zbliżyłem się do niej.

Zauważyła mnie. Jednym okiem. Spojrzeliśmy w siebie. W ciszy, jaka nastała niepotrzebne były jakiekolwiek słowa. Wiedziałem, że jestem szczęściarzem, że taki los mnie nie spotkał. W czasie wojny nikt nie zazdrości ładnym i przystojnym.

Nie miałem wiele czasu. Niebawem świt.

I kolejny morderczy dzień.

Poruszyła spierzchniętymi i spuchniętymi wargami. Bezgłośnie. Ale z pewnością chciała mi coś powiedzieć. Nasłuchiwałem na to, co powie.

– Po… – zaczęła i rozkaszlała się, prawie przyprawiając mnie o zawał.

– Co? – zapytałem cicho. – Mów wyraźniej.

Dziewczyna nadludzkim wysiłkiem skrzywiła usta i ponownie odezwała się do mnie.

– Po-móż… – jej głowa opadła po tym nadludzkim wysiłku.

Zrozumiałem.

Przecież po to tu przyszedłem. Żeby jej pomóc. Żeby ją uwolnić. Nawet kosztem mojego życia. Ona nie zasługiwała na to, co zrobiono jej w obozie. Nie mogła tu zostać.

– Pomogę ci – wlałem jej w serce odrobinę nadziei. – Zaraz cię uwolnię. Będziesz wolna.

Ponownie uniosła głowę i spojrzała na mnie. Tym razem zauważyłem w jej oczach niedowierzanie i nadzieję. I wdzięczność.

– Jak masz na imię? – Chciałem to wiedzieć. Bym pamiętał.

Miałem coraz mniej czasu. Na wschodzie już gasły gwiazdy.

Patrzyła na mnie i wykrzywiła usta w grymasie uśmiechu. Wiem, że nie było jej wesoło. Ale to był uśmiech dla mnie. Dla jej wybawiciela.

– Wanda – odparła powoli i zwisła bezwładnie na sznurze.

To mi wystarczyło.

– Wando – odparłem delikatnie i pogłaskałem jej policzek – zaraz cię uwolnię. Przygotuj się.

Kiwnęła głową na znak, że jest gotowa. Niezgrabnie poruszyła nogami, jakby szykując się do drogi. Do marszu ku wolności.

Podniosłem dłonie i zacisnąłem na jej szyi. Zaskoczona rzuciła ciałem i spojrzała na mnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Zacisnąłem palce mocniej. Poczułem pod nimi gorąco i szybkie tętno. Mocniej. Musiałem mocniej. Jeżeli ona krzyknie i podbiegną strażnicy i przeszkodzą mi w uratowaniu jej.

Usłyszałem jak zaczyna charczeć. Wiła się na sznurze, chcąc ostatkiem woli zapobiec swojej ucieczce. Jej oko wyrażało bezdenne przerażenie.

I pytanie.

Dlaczego?

Uwolnię cię, piękna dziewczyno o ognistych włosach. Bo tutaj jedyna ucieczka to ucieczka w śmierć.

Po minucie jej ciało zwiotczało i całkowicie obwisło na podwiązanym do belki sznurze. Powoli włożyłem jej knebel w usta i zapiąłem pasek.

Udało mi się. Uratowałem ją.

Wanda była wolna.

Jeszcze nigdy w życiu nie czułem takiego szczęścia z bezinteresownego, wielkiego czynu.

Pogłaskałem jej stygnący policzek. Pora wracać do baraku.

 

Nagle tańczące po obrzeżach obozu szperacze zamocowane na szczytach wieżyczek strażniczych skierowały się w jednym kierunku. Ciszę nocy zaatakował donośny, modulowany dźwięk syreny alarmowej. Z baraków strażników wysypały się sylwetki.

Stałem spokojnie. Największa misja mojego życia właśnie się dokonała. Czyn, który zagwarantuje mi raj. Nie ma znaczenia, że wiedzą, co zrobiłem. Teraz pora na moją ucieczkę. Na moje wyswobodzenie. Dokonało się.

Strażnicy nie zainteresowali się jednak moją obdartą osobą. Pobiegli ku głównej bramie, a z wież strażniczych schodzili pozostali. W ogromnym pośpiechu. Uciekali przez główną bramę, otwartą teraz na oścież.

Kilkadziesiąt metrów od wyznaczonej drutem kolczastym granicy obozu, w domu komendanta i oficerów zapaliły się wszystkie światła. Po chwili drzwi z hukiem otwarły się, a na zewnątrz wybiegli w najwyższym pośpiechu tamtejsi mieszkańcy.

Zdawało mi się, że ich sen został brutalnie przerwany przez jakieś katastroficzne wydarzenie. Widziałem, jak wrzucają do bagażnika swoich automobili pakunki i skrzynie.

Na podjeździe komendanta stał czarny VW Schwimmwagen. Władca naszego życia, wraz z żoną przerzucili na tylne siedzenie jakieś kufry i walizy, i jak stali zasiedli za kierownicą. Po chwili ciemność nocy rozświetliły dwa dodatkowe reflektory. Auto ruszyło ze zgrzytem żwiru i piasku.

Patrzyłem na ten eksodus naszych oprawców w stanie najwyższego zdumienia. Z baraków powychodzili inni więźniowie. Ich białka oczu szukały odpowiedzi. Po chwili za uciekającymi pojazdami pozostały wyłącznie obłoki unoszącego się kurzu.

Zapadła cisza. Zostaliśmy sami.

Brzask przepędzał noc.

Na głównym placu pojawiało się coraz więcej więźniów. Wszyscy spoglądali w jednym kierunku. Na otwartą na oścież główną bramę obozu. Nie było przy niej nikogo. Za bramą malowały się otwarte pola i ściana lasu.

Podeszliśmy do krawędzi placu. Granicy, której żaden więzień nie mógł przekroczyć, pod groźbą natychmiastowej egzekucji.

Ale nie było żadnego z naszych strażników. Mogliśmy pobiec. Do bramy. Ku wolności.

Nikt nie przekroczył granicy. Nie uczynił kroku.

Minuty mijały. Wschód malował się żółtym brzaskiem. Ze ściany lasu dobiegał śpiew ptaków i stukot dzięciołów. A my staliśmy w całkowitej ciszy. Przy granicy, która wyznaczała linię demarkacyjną pomiędzy życiem i śmiercią.

Patrzyliśmy po sobie, szukając tego, który odważy się pierwszy sięgnąć po wolność.

Nikt się nie poruszył.

 

Blask słońca posłał nasze długie cienie wprost na ścianę łaźni. Zmrużyłem oczy.

Nagle zza lekkiego wzgórza, tuż za otwartą bramą, zaczęli wyłaniać się ludzie. Mnóstwo ludzi. Setki. I pojazdów. Zbliżali się szybko. Po chwili już widziałem, że to wojsko. Ale ich mundury nie wyglądały, jak czarne stroje śmierci noszone przez naszych panów.

To był chyba batalion. Albo nawet cały pułk.

Zatrzymali się przed bramą, by dokładnie przyjrzeć się ogrodzeniu, wieżom, barakom. Całemu dziełu piekielnego architekta. Później spojrzeli na nas – ich inwentarz.

W ich szeregach, tak samo, jak w naszych, zapadła głęboka cisza. Ustały przyśpiewki, krzyki, śmiechy i rozmowy.

Stali w ciszy prawie nieruchomo, zdumieni widokiem, który przyszło im oglądać.

Nagle przez bramę przeszło sześciu żołnierzy. Podeszli do nas. Zatrzymali się za granicą strefy śmierci. Zobaczyłem ich wesołe, radosne oblicza. Odżywione, czyste, rumiane. Poczułem zazdrość i nienawiść.

Nikt z nas nadal nie przekroczył granicy placu, bo do nich dołączyć.

Do przodu wysunął się jeden z przybyłych. Głośno, tak by wszyscy słyszeli, krzyknął w moim języku.

– Nazywam się Andrzej Kownacki – jego głos obijał się od ścian pustych baraków. – Wraz z zaprzyjaźnioną armią aliantów, dzisiaj wyzwoliliśmy ten obóz i was. Od teraz jesteście wolni. Możecie odejść. Niemców już nie zobaczycie. Uciekli.

Po tłumie rozległ się szept. Patrzyliśmy po sobie, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Żołnierz nazywający siebie Andrzejem krzyknął znowu.

– Jeżeli ktoś z was potrzebuje medyka, lub jest głodny, może liczyć na naszą pomoc. Jako wolni ludzie możecie teraz stąd wyjść. I bądźcie wdzięczni za ocalenie, bo dziś nastał dzień chwały. Dzień tryumfu dobra nad złem.

Skończył mówić i bardzo zadowolony z siebie podszedł do mnie. Wyciągnął swą czystą rękę.

Odwróciłem się, by spojrzeć na Wandę. Na jej wyzwolone ciało. Uwolnioną duszę.

Chwyciłem podaną dłoń.

Robiąc krok, przekroczyłem granicę śmierci wprost w objęcia życia.

Pozostali uczynili to samo.

Uratowana Wanda nie doczekała uwolnienia.

 

Dopisek: ta krótka, ale dość brutalna historia zrodziła się w godzinę, jako refleksja nad pewnym tematem, o którym nie mogę napisać.

Leave a comment



Pisarska Kafejka Wszelkie prawa zastrzeżone 2021

Kopiowanie bez zezwolenia zabronione.